niedziela, 7 czerwca 2015

Rozdział 49 "Kiedyś musi być ten koniec."

I remember years ago
Someone told me I should take
Caution when it comes to love
I did
~~~~~~~~~~~~~~~~


Nigdy jakoś nie interesowało mnie, co będzie za kilka lat. Powtarzałem zawsze: Co ma być, to będzie. Ale jeszcze wtedy byłem tym "zepsutym Kendallem", dla którego nie liczyły się żadne wartości. Dni przychodziły i odchodziły, słońce świeciło, a później pojawiał się księżyc i naprawdę nie widziałem w tym nic szczególnego. Po prostu tak było, jest i zawsze będzie. To, że ludzie umierali i się rodzili, było jednym z wielu praw natury. I nigdy nie rozumiałem osób, które nie mogły pozbierać się po śmierci kogoś bliskiego. Kiedy umarł Kevin, pojawiło się poczucie winy, a nie smutek, czy też gorycz, albo rozpacz. Po prostu myślałem, że to przeze mnie i żyłem z tym przez kilka lat, aż do teraz.
Jednak dzisiaj, teraz, poczułem jakbym wydoroślał. Jestem dojrzalszy na tego typu rzeczy i w końcu mogę pojąć wiele rzeczy, które wcześniej były dla mnie zupełnie obce. I to jedynie dzięki pewnej dziewczynie, co odmieniła mój świat. Pokazała mi, że nie zawsze białe jest białe, a czarne musi być czarne. Przedstawiła mi inną definicję życia i śmierci, do której zbliżamy się niedobrowolnie. Kiedyś musi być ten koniec. Jakoś nie zwracałem na to uwagi i nie przejmowałem się tym, że z każdym następnym dniem robimy jeden duży krok w stronę naszego grobu.
Ale... No cóż, zawsze musi być to "ale" i w tym przypadku też się pojawi. Nigdy wcześniej nie myślałem na temat śmierci i to pod kątem moich przyjaciół. Co oni by czuli, gdyby mnie nagle zabrakło. Na szczęście, albo i nie, to nie ja muszę odpowiadać na to pytanie, tylko ktoś inny. Co takiego może myśleć osoba, która już wie doskonale o tym, że już zbliża się jej koniec? Czy przed jej oczami przechodzi jej całe życie, tak jak to pokazują w tych wszystkich dziadowskich filmach, które pokazują jedynie wyimaginowany świat? I chociaż miałem jeszcze więcej takich pytań, to nie chciałem je zadawać. Bo i tak wiedziałem, że mnie też to czeka...
- Lekarz się zgodził. - powiedział Logan, który zaraz stanął obok mnie. - Ale musimy wrócić przed siódmą. Inaczej będziemy mieć spore kłopoty.
- To na co jeszcze czekamy? - odwróciłem się w jego stronę. Szerzej się uśmiechnąłem i mój humor od razu się poprawił, kiedy nasz plan będzie mógł wypalić.
Weszliśmy razem do sali, gdzie jak zawsze roiło się tutaj od kilkunastu osób. Oprócz standardowego towarzystwa znajdowała się jeszcze Claudia, która kiedy mnie zauważyła pomachała jedną ręką i wróciła z powrotem do dalszej rozmowy z resztą przyjaciół. Każdy praktycznie zajęty był czymś innym, ale i tak w centrum pozostanie jak zawsze uśmiechnięta Bridgit. Często zastanawiałem się, czy kiedykolwiek ta dziewczyna przestanie się uśmiechać? Czy to już jej taki wyraz twarzy i nie da się tego zmienić?
Oprócz jej promiennego uśmiechu, wszystko w niej umierało. Kości policzkowe były już na tyle wystające, że można było je objąć palcami. Blada skóra mogła się równać z jej pościelą, od której kompletnie się nie różniła. Jej niegdyś długie i lśniące włosy, które można było wychwycić z końca korytarza, były jedynie wspaniałym wspomnieniem. Lekarze robili co mogli, aby utrzymać dziewczynę przy życiu i nie zwracając na protesty Mendler, podawali jej co i rusz przeróżne leki, wywołując efekty uboczne. W tym przypadku wiązało się to z utratą włosów, których miała coraz mniej, a żeby nikt nie mógł zobaczyć ubytków w głowie, Ania zawiązała jej kolorową chusteczkę wokół jej czaszki. Wyglądała w tym dosyć uroczo i za każdym razem widząc ją w tym materiale, od razu robi mi się cieplej na sercu. Wszyscy już wiedzieli, że koniec nadchodzi bardzo szybko. Ale nikt nie chciał tego powiedzieć na głos.
- Na co czekacie? - zapytał głośno Henderson. - Ubierać się i wychodzimy!
- Logan, co Ci znowu odwaliło? - zapytał od razu James, marszcząc przy tym brwi.
- Jak to co? Jest ładna pogoda, może nie najlepsza, ale do wytrzymania, w bagażniku koszyk pełen jedzenia i ciepłych koców… - zacząłem wymieniać wszystko po kolei, ale zdziwienie na twarzy przyjaciół, ani na moment nie zeszło. Zrezygnowany głośno westchnąłem i wywróciłem oczami. - Z tego co pamiętam, ktoś tu kiedyś powiedział, że chce gdzieś jechać… - dałem lekką podpowiedź i popatrzyłem się na Bridgit, której od razu oczy jasno zaświeciły się z zachwytu.
- Jedziemy na plażę? - zapytała szczęśliwa, a ja kiwnąłem głową. Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy i klasnęła aż w swoje kruche dłonie. Co jak co, ale ten widok na długi czas zostanie mi w pamięci. Nie na co dzień ma się do czynienia z umierającą osobą, której jedynym marzeniem przed śmiercią był wyjazd na plażę. Nigdy nie mogłem zrozumieć fenomenu z tego miejsca, ale jakiś czas temu zrozumiałem, że dla tej dziewczyny jestem w stanie zrobić wszystko. "I nie tylko dla tej..."
- Za pół godziny widzimy się na dole. - odezwał się Logan i wyszedł z sali, a ja zaraz za nim. Zrobiłem kilka kroków w stronę windy, ale zostałem zatrzymany przez wołanie Ani.
- Dogonię Cię. - powiedziałem w stronę chłopaka, na co tamten kiwnął głową i odszedł ode mnie. Podszedłem do dziewczyny, która niepewnie skrzyżowała swoje ręce na piersiach.
- Rozmawiałeś z lekarzem? - zapytała niepewnie.
- Tak. - westchnąłem cicho i lekko zdenerwowany przeczesałem włosy. Doskonale wiedziałem, o co zaraz zapyta, ale nie byłem w stanie wypowiedzieć tych słów na głos.
- Ile jeszcze? - szepnęła w końcu, zaciskając wargi.
- Niecałe dwa tygodnie… - mruknąłem po chwili.
- Rozumiem… - kiwnęła głową i niepewnie spojrzałam na nią. Jej oczy od razy się zaszkliły i jedyne co w tamtym momencie mogłem zrobić, to przytulenie jej do swojej piersi. - Nie. Nie rozumiem… - jęknęła zrozpaczona i już nie powstrzymywała potoku łez. Głaskałem ją po głowie, aby w jakikolwiek sposób dodać jej otuchy, ale sam byłem na skraju wytrzymania. - Dlaczego ona? - zapytała cicho.
- Zadaję sobie to pytanie każdego dnia, kiedy tutaj przychodzę...
- Ania? - usłyszeliśmy za sobą głos Dustina, który jak zwykle pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach. Dziewczyna lekko odsunęła się ode mnie i wierzchem dłoni otarła swoje policzki, aby nikt nie mógł zauważyć jej łez. Odwróciła się w stronę Dustina, który już zdążył do nas podejść.
- O co chodzi, Dustin? - zapytała miłym tonem głosu.
- Płakałaś? - wywróciłem od razu oczami, za zadane przez niego pytanie. Nie, kuźwa fontannę udawała!
- Co? Nie! - zaprzeczyła z uśmiechem. - Wydaje Ci się. - dodała szybko.
Coś w jej wypowiedzi dało mi do pewnego myślenia. Dlaczego wszyscy muszą udawać i ukrywać swoje emocje? Czy to jest aż takie złe, jeśli się powie prawdę? Czy nie jest wtedy prościej, jeżeli wyjaśnimy, co nam leży na sercu, niż ukrywać i dusić to w sobie? Nigdy nie zrozumiem zachowania niektórych ludzi...
- Coś się stało? - zwróciła się do chłopaka, który w dalszym ciągu bacznie mi się przyglądał. No jeżeli posądzi mnie o łzy Ani, to chyba go zastrzelę...
- Claudia potrzebuje pomocy w ubraniu Bridgit… - mruknął pod nosem.
- Powiedz jej, że zaraz przyjdę. Muszę jeszcze porozmawiać. - spojrzała ukradkiem na mnie, a potem znowu na chłopaka, który jedynie kiwnął głową i wycofał się zostawiając naszą dwójkę. Zdziwiłem się nieco, że bez żadnych oporów Dustin zostawił ze mną Anię.
- Czasami... Mam już tego serdecznie dosyć… - szepnęła zrezygnowana i oparła swoją głowę o moje ramię, a ja od razu mocniej ją do siebie przycisnąłem. - Ale z drugiej strony... Jeżeli to wszystko się skończy, wtedy i jej już nie będzie.
- Nie możemy już na to nic poradzić...
- Wiem, Kendall. Wiem… - głośno westchnęła i delikatnie się ode mnie odsunęła. - Zobaczymy się na dole.
- Jasne.
Pocałowałem ją jeszcze w czoło, aby miała pewność, że nie jest w tym wszystkim sama. Każdy z nas rozszedł się w inną stronę i zachowaliśmy się tak, jakby nasza krótka rozmowa w ogóle się nie odbyła. Docierając na szpitalny parking, stanąłem obok Logana, którego ponownie złapałem na pisaniu na telefonie. Co on tam jakąś powieść pisze, czy jak?
Z kieszeni kurtki wyjąłem niedawno zakupioną paczkę papierosów i zapalniczkę, którą zacząłem się bawić, zastanawiając się, czy to jest aby najlepsze wyjście z tej całej sytuacji. Mógłbym z powrotem wrócić do tego co kiedyś było, ale czy warto? Czy jest jeszcze sens zadręczać się w przeszłości, kiedy ma się obok siebie tak wspaniałych ludzi? Czy właśnie tego chcę?
- Palisz? - zapytał zdziwiony Henderson, który w końcu zwrócił na mnie uwagę.
- Sam nie wiem… - mruknąłem otwierając i zamykając pudełko z fajkami. Były jeszcze wszystkie, ale to nie oznacza, że nie mogę sobie zapalić. Lekko wyciągnąłem jednego, ale i tak z powrotem wsadziłem go na swoje poprzednie miejsce. Ta niepewność co raz bardziej działała mi na nerwy...
- Kiedy je kupiłeś?
- Jakieś trzy dni temu...
- Dlaczego? - zadał kolejne pytanie, a ja głośno wypuściłem powietrze. Naprawdę już miałem dosyć tych wszystkich pytań i często wydawało mi się, że wokół mnie są same pięciolatki, które poprzez zdania zakończone znakami zapytania, doprowadzają człowieka do szału.
- Z braku sił. - pokręciłem głową i zamknąłem pudełko, żeby zaraz ponownie je otworzyć.
- W takim układzie pozwalam Ci zapalić. - wzruszył ramionami, a ja popatrzyłem na niego z wielkim zdziwieniem. - No na co czekasz? Zapal!
Spojrzałem to na chłopaka, to na paczkę i w ostateczności zatrzymałem wzrok na papierosach, które cholernie kusiły swoim widokiem. Ale widziałem, że jeżeli sięgnę po chociaż jednego, już się od tego nie uwolnię. Zamknąłem pudełko i podałem je wraz z zapalniczką Loganowi, który lekko się do mnie uśmiechnął.
- To nie mi powinieneś je dać, a komuś innemu. - odparł z uśmiechem.
- A co to za różnica? - prychnąłem pod nosem.
- Jest. I to bardzo duża. - popatrzył się na mnie z rozbawieniem i lekko zmarszczył nos. - Daj to tej, która zmieniła Twoje życie.
Zacisnąłem wargi i wycofałem rękę, chowając truciznę do kieszeni kurtki. Zacząłem się zastanawiać, ile Logan jak i reszta, wywnioskował z mojego zachowania względem Ani. Nie chcę, aby chłopak wyciągnął zbyt pochopnych wniosków, które teraz są akurat najmniej mi potrzebne.
Nie musieliśmy długo czekać, aż wszyscy nasi przyjaciele pojawią się przed budynkiem szpitalnym. Bridgit jak zwykle uśmiechnięta zajmowała miejsce na wózku inwalidzkim, który pchał Carlos, nie dając dopuścić do siebie nikogo więcej. Często zachowywał się, jakby dziewczyna była jego własnością, można by wręcz powiedzieć - zdobyczą i z nikim się nią nie podzieli.
Rozdzieliliśmy się na dwa samochody. Bridgit, Carlos i ja mieliśmy pojechać samochodem Logana, który był znacznie większy od auta Dustina, do którego wpakowali się Ania, James i Claudia. Szybko spakowaliśmy potrzebne rzeczy i wyruszyliśmy w godzinną podróż w stronę wybrzeża Los Angeles. Jak na nasze towarzystwo nikt się nie odezwał i wszyscy w skupieniu i ciszy podziwiali widoki za oknem, a grająca muzyka z radio umilała nam czas. Od czasu do czasu można było usłyszeć standardowe pytanie Carlosa skierowane do dziewczyny, która wyglądała, jakby cieszyła się z każdej minuty spędzonej poza szpitalem. Swoją drogą zachowywałbym się tak samo, gdybym był na jej miejscu.
Nie mam pojęcia, czy mogę powiedzieć dzięki niej, a może przez nią, zrozumiałem jak życie jest kruche i łatwe do złamania. Nigdy nie wiemy, co w danej chwili może się nam przytrafić, a już na pewno nie jesteśmy świadomi swojego zachowania. Jesteśmy zdani na los, który z nami igra i robi co chce. A najgorsze jest to, że nie możemy mu się sprzeciwić. Po prostu musimy żyć zgodnie z treścią naszej książki, która została wydana w jednym egzemplarzu, nie mając szans na jakąkolwiek korektę.
W końcu mogę sam powiedzieć, że się cholernie zmieniłem. Nie mam pojęcia, czy na lepsze, czy może gorsze, ale jakoś mnie to nie interesuje. Chociaż nie tylko ja się zmieniłem. Każdy z naszego otoczenia przeżył wewnętrzną przemianę, którą doskonale widać na zewnątrz. Logan w końcu nie jest taki skryty, jak wcześniej, ale i tak wiem, że jest jeszcze dużo rzeczy, o których nie mam pojęcia. James przestał być pieprzonym materialistą i w końcu rozumie, że są inne wartości życiowe niż tylko szkolna popularność, o której mi ględzi już trzeci rok. Carlos znalazł w końcu duszę towarzystwa, przy której jest zupełnie inną osobą. A może to właśnie jest jego prawdziwe oblicze, a tego Peny, z którym przebywałem codziennie kompletnie nie znam? No i na końcu jestem ja. Zamknięte dziecko w ciele prawie dorosłego człowieka, które nie poznało szczęścia i poczucia wartości w odpowiednim czasie. Mam wrażenie, jakbym cofał się w rozwoju i musiał robić te wszystkie rzeczy, które ominęły mnie przez te kontakty z Frankiem. Wszyscy jesteśmy tak różni, a jednak pod jakimś względem do siebie podobni.
- Już jesteśmy. - odezwał się Logan parkując swój samochód na jednym z pustych miejsc. Wysiadłem z auta i od razu założyłem na swoją głowę kaptur, aby nie zmarzły mi uszy przez mało przyjemny wiatr. Pomogłem Bridgit wyjść z pojazdu i wygodnie usadowić się na wózku. Carlos od razu okrył ją trzema kocami i gdyby nie protesty dziewczyny zdjąłby jeszcze swoją kurtkę. Zaraz pojawił się niebieski ford Dustina, który zaparkował koło nas i wszyscy w dobrych humorach wysiedli z auta.
Wyruszyliśmy w stronę drewnianej kładki, która nieco pomogła w przewiezieniu naszej przyjaciółki po plaży. Ale kiedy dotarliśmy na sam jej koniec, zaczynały się kłopoty...
- Może ją zanieśmy? - zaproponował Maslow, ale Bridgit od razu zaprzeczyła.
- Chcę iść sama. - powiedziała stanowczo.
Nikt nie miał prawa jej zabronić, ale wszyscy wstrzymaliśmy oddech kiedy niepewnymi kroczkami poruszała się po pisaku, oczywiście z pomocą Carlosa i Dustina, który trzymał ją z drugiej strony.
Pogoda nie była, ale też nie należała do tych przyjemniejszych. Gdyby nie chłodny wiatr, który co i rusz zdmuchiwał mój kaptur z głowy, mógłbym powiedzieć, że było nawet przyjemnie.
Każdy skierował się w różne strony, chcąc przez chwilę pomyśleć, czy też porozmawiać na osobności. Tak było w przypadku Jamesa i Claudii, którzy kroczyli wzdłuż linii brzegowej, a kilka metrów za nimi prze szczęśliwa blondynka z obstawą składającą się z trzech ochroniarzy. Ania zajęła miejsce na kłodzie drzewa postawionej wokół przygotowanego miejsca do ogniska. Usiadłem obok niej i wpatrywałem się w ten sam punkt co ona.
- To był dobry pomysł… - odezwała się z uśmiechem. - Jest taka szczęśliwa...
Miała rację. Bridgit zachowywała się, jakby po raz pierwszy była na plaży. Chciała uciekać przed falami, ale brak siły w mięśniach odmówił jej szybkich ruchów, przez co wielokrotnie można było usłyszeć głośny pisk wydobyty z jej ust, kiedy woda obmywała jej kruche stopy. Nigdy nie sądziłem, że zwykła wycieczka nad wodę, może aż tyle zdziałać.
- Nadal nie wiem, skąd bierze aż tyle energii. - odezwałem się zaskoczony zachowaniem dawnej blondynki. - Większość osób już dawno by się załamała, gdyby były na jej miejscu. Ze mną na czele!
- Jest zbyt wspaniała, żeby mogła odejść… - pokręciła głową i pociągnęła kilkakrotnie nosem. - Wiesz, co mi któregoś razu powiedziała?
- Co takiego?
- Że umiera, nie dlatego, że jest chora. - uśmiechnęła się pod nosem i podniosła na mnie wzrok. - Ale dlatego, że już zrobiła to, co miała już zrobić.
- I tak w to nie wierzę… - mruknąłem niezadowolony.
- Ja też nie. - wzruszyła ramionami. - Ale ona jest pewna tej racji.
- Myślisz, że rozmawiała z nim? - zapytałem niepewnie.
- Z kim?
- Z tym na górze? - podniosłem głowę wyżej i spojrzałem na chmury, które zasłaniały błękitne niebo.
- Nie mam pojęcia. Musisz ją o to zapytać… - odpowiedziała wzdychając.
- Mam nadzieję, że Kevin się nią zaopiekuje. - powiedziałem z uśmiechem, wspominając swojego brata. Dziewczyna popatrzyła się na mnie z zaskoczeniem, ale kiedy zrozumiała znaczenie tych słów, po raz drugi dzisiaj miałem okazję zobaczyć jak jej oczy wypełniają się łzami. I to nie był przyjemny widok.
- Na pewno się nią zajmie. - powiedziała z lekkim uśmiechem, a pierwsze krople wody spłynęły po jej policzkach. Nie czekając dłużej, przycisnąłem ją do swojego ciała i splątani w swoje ramiona, dalej oglądaliśmy jak Bridgit Mendler cieszy się z każdej najdrobniejszej rzeczy. I właśnie taką chcę ją zapamiętać. Nie, ledwo co żyjącą dziewczynę, leżącą w szpitalnej sali, ale szczerze szczęśliwą i szeroko uśmiechniętą. W dalszym ciągu nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Że jej dni zostały policzone i wcale bym się nie zdziwił, gdyby lekarze znali dokładną godzinę. To już jest drugi raz, kiedy jestem świadkiem śmierci, tylko, że obie wersje znacznie się od siebie różniły i nie mam pojęcia, która jest lepsza. Czy ta szybka i nieprzewidziana, czy też wolna i męcząca?
Wiem o tym, że prędzej czy później i tak wszyscy gdzieś tam się spotkamy. Usiądziemy do jednego stołu i będziemy pić to samo piwo. Ale to czekanie jest najgorsze. Ta niewiadoma liczba lat, które nam zostały. Zwykły człowiek nie zrozumie śmierci, niż ten, który jest na nią przygotowany.
- Dziękuję Wam. - zaczęła mówić dziewczyna, kiedy już wszyscy razem siedzieliśmy na starych kłodach. - Za wszystko.
- Jeszcze zdążysz nam podziękować. - przerwał jej James. - W dalszym ciągu wisisz mi jednego drinka! - zaśmialiśmy się na wspomnienie przegranego zakładu sprzed kilku tygodni. - Wiesz, że ja nie odpuszczę!
- James, daj już sobie spokój. - skarcił go Logan, który podał mi kubek z gorącą herbatą, nalaną z termosu.
- Jeżeli mogę, to chciałbym coś powiedzieć. - odezwał się Carlos i spojrzał na Mendler. - Właściwie to chcielibyśmy.
Popatrzyłem wymownym wzrokiem na Logana, który już od dłuższego czasu wiedział co się święci.
- Ja i Bridgit jesteśmy razem. - oświadczył z dumą w głosie i na potwierdzenie tych słów złapał mocno rękę dziewczyny i pocałował jej wierzch.
W tamtym momencie zrozumiałem w końcu czym jest prawdziwa miłość. Jeżeli nawet Carlos nie bał się konsekwencji wynikających z tego uczucia i zrobił to, co uważał za stosowne, to już chyba każdy powinien brać z niego przykład. Związać się z kimś, kto ma niecałe dwa tygodnie życia przed sobą, z początku wydaje się istnym szaleństwem. Ale kiedy tak głębiej się nad tym zastanowić, można jedynie im pogratulować za odwagę i podejmowanie wspólnie decyzji. Każdy z nas wiedział doskonale, że taki związek nie ma przyszłości. A może Carlos tego nie widział? Może w dalszym ciągu żył z nadzieją, że Bridgit jednak wyzdrowieje, kiedy my wszyscy wiedzieliśmy jaka jest prawda? A może to właśnie dzięki jego nadziei ta dziewczyna jeszcze żyje? Może i my też powinniśmy uwierzyć, żeby Bridgit mogła żyć jeszcze dłużej...
- No to gratulacje! - jako pierwszy krzyknął Logan, który jak zwykle wiedział co w danym momencie powiedzieć. Byłem szczęśliwy, że mój przyjaciel w końcu znalazł sobie tą jedyną. Ale wiem też, że będzie bardzo cierpiał, kiedy dziewczyny już nie będzie.
Gdybyśmy tylko mogli, zostalibyśmy na tej plaży jeszcze dłużej, w dalszym ciągu rozmawiając na przeróżne tematy, które zazwyczaj podrzucał James. Prawda była taka, że każdy był zajęty czymś innym. Nasze gołąbeczki siedzieli cały czas przytuleni do siebie i wpatrywali się w morze, które szumiało nam za plecami. Logan przyłączył się do dyskusji z Jamesem i Claudią na jakiś błahy, ale za to bardzo rozmowny temat. Ania siedziała między mną, a Dustinem, który delikatnie obejmował ją ramieniem i co i rusz nalewał gorącej herbaty, aby ta mogła się ogrzać. A ja, jak zwykle musiałem zostać w swoim towarzystwie, uważnie przyglądać się relacji między Smith, a Beltem i nie mogłem ani trochę ich rozgryźć. I chociaż nie powiedziałem ani jednego słowa to dla mnie czas mógł się tutaj zatrzymać, a my byśmy tutaj zostali, jak najdalej od wiecznych kłopotów i życia pod górkę. Tylko, że z tej górki robiło się już chyba Mount Everest...
Wracając z powrotem do szpitala uświadomiłem sobie kilka ważnych spraw. Między innymi, że to był już nasz ostatni wspólny wypad, gdzie jesteśmy wszyscy razem. Nie mam pojęcia co dalej będzie z nami, jeżeli chociaż jednej osoby zabraknie. To już na pewno nie będzie to samo.
Kolejną sprawą była bez warunkowa i szczera miłość, jaką darzyli siebie tylni pasażerowie. Wydawało mi się, że takie wydarzenia występują tylko w filmach, w których w ostatniej sekundzie okazuje się, że jednak główna bohaterka przeżyje i będzie żyć długo i szczęśliwi u boku swojego księcia z bajki, który wyznał jej miłość kilka dni przed jej prozaiczną śmiercią. Ale to było niestety prawdzie życie, a nie film z gatunku dramatu romantycznego.
I na samym końcu było drobne spostrzeżenie. Tak jakby obserwacja, a potem wyciąganie z tego wniosków. Zrozumiałem, że mając przy sobie takich przyjaciół, jakich teraz mam, nie zamieniłbym ich na żadnych innych. Są oryginalni, każdy wyrwany z innej bajki, a łącząc nas wszystkich powstaje pełna przygód i tajemnic powieść. Z chęcią poznałbym tego autora, który opisuje nasze życie.

*

- Musisz jedynie tutaj przykręcić i powinno już działać. Podaj mi klucz.
Odszedłem od otwartej maski samochodu i dopiero kiedy miałem odpowiednie narzędzie w ręku, wróciłem do ojca. Brudne ręce wytarłem w flanelową koszulę, która i tak nadawała się jedynie do kosza, albo na ryby.
- Tylko ostrożnie. Z takimi samochodami nigdy nic nie wiadomo. - ostrzegał mnie już nie wiadomo który raz, ale starałem się te wszystkie zasady zakodować sobie w głowie.
- Ile już takich naprawiałeś? - zapytałem z czystej ciekawości.
- W całej mojej karierze zawodowej… - urwał na chwilę i zaczął coś tam mruczeć pod nosem. - Z tego modelu to chyba tylko pięć.
- Pięć? - zapytałem zaskoczony.
- Ludzie nie kupują już takich antyków. - zaśmiał się pod nosem i zaczął gwizdać nieznaną mi melodię. - Dobra, powinno być już dobrze. - wytarł swoje ręce w już i tak brudną ścierkę i odszedł od maski. - Patrz czy wszystko dobrze chodzi, a ja odpalę silnik.
Kiwnąłem głową i czekałem, aż ojciec w końcu przekręci kluczyk w stacyjce. Po chwili usłyszałem głośne warknięcie i idealny dźwięk chodzącego silnika, który w końcu zaczął działać bez zarzutów.
- W porządku! - krzyknąłem w stronę taty, który zaraz wyjął kluczyki.
- A nie mówiłem? - zapytał z uśmiechem, widocznie szczęśliwy, że w końcu udało mu się zreperować stare auto, które już od kilku miesięcy stało w jego warsztacie. Pamiętam jak jakiś starszy człowiek przyprowadził ten samochód, prosząc jedynie o naprawienie, ale co najdziwniejsze, nie chciał już go z powrotem. W dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego.
- Piękny samochód… - westchnąłem z zachwytu gładząc maskę pojazdu.
- Naprawdę? - zapytał zdziwiony. - Nie sądziłem, że Ci się spodoba. - dodał z uśmiechem.
- Ja też nie...
Odwróciłem się tyłem do niego, aby sprzątnąć narzędzia, których przed chwilą używaliśmy. Nie ma to jak spędzenia niedzielnego popołudnia w starym warsztacie samochodowym, reperując jeszcze starszy model samochodu. Był to ten sam ford, jaki posiada Dustin, z różnicą koloru. Ten był krwisto czerwony i o wiele bardziej podobał mi się w tej wersji, niż chabrowy.
- Kendall? - odwróciłem się w stronę mężczyzny, który niepewnym wzrokiem spoglądał na mnie. - Trzymaj. - rzucił w moją stronę kluczyki. - Tobie bardziej się przydadzą.
- Na serio? - zapytałem niedowierzająco.
- Jasne. - wzruszył ramionami i szerzej się uśmiechnął. - Tylko uważaj. Nie chcę znowu go widzieć w swoim warsztacie.
- Dzięki tato. - uśmiechnąłem się szeroko i kilka razu podrzuciłem do góry kluczyki. Tak jest! Koniec udręki ze starym autem ojca!
- Możesz zabrać nim tą Anię na jakąś wycieczkę… - odezwał się po chwili, a ja lekko speszony odwróciłem głowę, nie chcąc na niego patrzeć. Czemu zawsze wszystko schodzi do tej dziewczyny? - Swoją drogą, co u niej słychać?
- Wszystko dobrze. - powiedziałem od razu.
- Nie przeszkadzam? - usłyszałem głos matki, która weszła do środka, opierając się o ścianę.
- Oczywiście, że nie. - odezwał się od razu mężczyzna, który posłał swój lekki uśmiech.
- Dostaliśmy zaproszenie. - wyjaśniła pokazując białą kopertę. - Na dosyć ważną uroczystość.
Ważną? Trzeba przywitać się z nienawidzonym garniturem...
- A co to za impreza? - zapytał ojciec.
- Wystawa obrazów i zdjęć Jade Smith. - powiedziała z uśmiechem, a ja od razu podniosłem głowę słysząc dobrze znane mi nazwisko.
- Kiedy to dostałaś? - zapytałem zdziwiony.
- Jakieś pięć minut temu przyszła Ania i wszystko dokładnie mi powiedziała. - wyjaśniła wzruszając ramionami.
- Była tutaj Ania? - otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia.
- Tak i nawet chciała z tobą porozmawiać, ale powiedziałam jej, że jesteś w warsztacie z ojcem, to od razu się wycofała i powiedziała, że kiedy indziej się z Tobą skontaktuje.
Czy to na prawdę tak trudno mnie zawołać? Jak zwykle moja rodzina stanie oczywiście po nie tej stronie co trzeba...
- Kiedy ta wystawa? - odezwał się ojciec.
- W ten piątek o siódmej.
- Może w końcu zobaczę te wspaniałe dzieła sztuki. - zażartował pod nosem i odszedł kilka kroków dalej.
A ja może w końcu zobaczę Anię...









~~~~
James Arthur- Impossible









____


Hej kochani! ♥

Wiem, że końcówkę zwaliłam i to na maksa, ale to jest taki wstęp do następnego rozdziału. I w sumie... Cały rozdział nie jest ciekawy, ale chciałam pokazać stronę Kendalla i co on takiego sobie myśli na temat tego wszystkiego.

Wiecie, albo i nie, w każdy rozdziale zostawiam pewną puentę. Sentencję, która powinna czegoś uczyć. Dlatego następne rozdziały będą skupione na myślach i uczuciach bohaterów, niż na przebiegu akcji. Mam nadzieję, że nie będziecie mieć mi tego za złe...

Co do Bridgit i Carlosa, to... No cóż, miłość przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach i tak właśnie jest w tym przypadku. Nigdy nie wiemy, kiedy i gdzie strzeli w nas strzała miłości :)

Dziękuję wszystkim za tak miłe słowa, jakie piszecie. To nie do uwierzenia, że zostało już tak niewiele do końca tego opowiadania... Będzie mi strasznie trudno rozstać się z tymi bohaterami... Ale jeszcze został ponad miesiąc do pożegnania, także mam czas na mowę pożegnalną xd

Kocham Was i widzimy się w środę!  <szykujcie sobie chusteczki ;p>
Zapraszam - IMAGINY

środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 48 "Każdego z nas to czeka."

You're all I want
So much it's hurting
~~~~~~~~~~~~~~~~

Zazwyczaj w życiu więcej żałujemy, niż się cieszymy. Rozpamiętujemy jedynie tylko te złe chwile, odkładając na boczny plan te dobre. Te, dzięki którym mogliśmy chociaż raz się uśmiechnąć. A zamiast tego zostawiamy w naszych głowach wszystkie smutki i żale. Kiedyś nie umiałam znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak jest? Ale dzisiaj, kiedy jestem już nieco starsza i w swoim życiu miałam wiele różnych przygód, potrafię już wszystko wytłumaczyć.
Zawsze jesteśmy przygotowani na najgorsze. Bo jest to coś rzadziej spotykanego, niż szczęście które widzimy codziennie. Tak przynajmniej mi się wydawało... A prawda jest zupełnie inna, niż nam się wszystkim wydaje. To te złe rzeczy przychodzą znacznie częściej i witają nas z przykrą rzeczywistością. Jesteśmy przygotowani na jej przyjście, kiedy szczęście po prostu od tak wyrzucamy za drzwi.
Przykładem mogą być kolejne dni, które przemijają zbyt szybko. Stanowczo za szybko. Od czasu omdlenia Bridgit minęły dokładnie dwa i pół tygodnia. Osiemnaście dni życia w czystej udręce i niepewności, co może wydarzyć się następnego dnia. Każdego wieczora zasypiam z nadzieją, aby następny dzień nie okazał się tym ostatnim. Aby ten ostatni dzień, nie okazał się pierwszym bez kogoś bardzo ważnego w naszym życiu. Kogoś, kto na zawsze odmienił mój pogląd widzenia na inne rzeczy. Ale wydaje mi się, że nie tylko ja tak uważam.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ani ja, ani Dustin, czy też Kendall, a już na pewno nie Carlos, nie możemy pogodzić się z myślą, że to już ostatnie wspólnie spędzone chwile. Za to Bridgit jest absolutnie świadoma i zdecydowanie przygotowana na śmierć. Każdego dnia powtarza te same słowa: "Już niedługo." Ale ja nie chcę, żeby było to "już niedługo". Ja chcę, żeby nie było tego w ogóle. Jednak moje marzenia mają to do siebie, że nie chcą się spełniać.
Każdy dzień jaki spędziłam w szpitalu, przypomina mi o tym, jak rak wyniszczał moją matkę. Etapy były takie same i dokładnie widoczne w ciele blondynki, jak i Katherine. To właśnie był okropny widok. Nie chciałam powtarzać tego drugi raz i oglądać, jak z dnia na dzień serce zaczyna wolniej pracować, a oddech staje się o wiele cięższy niż powinien. Każdy organ w organizmie wyniszcza się doszczętnie, nie zostawiając po sobie ani jednej żywej komórki.
Jednak widok uśmiechniętej twarzy blondynki był jeszcze gorszy. Przyjmować śmierć z uśmiechem, to jak zaprosić mordercę na kolację i tylko czekać, aż z kieszeni wyjmie pistolet. Nie mam pojęcia dlaczego aż tak bardzo się cieszy, że w końcu umrze. Może tak samo jak my, ma już dosyć niepewności? Ale ja wolałabym ją zapełnić świadomością, że wszystko jest dobrze, niż oglądać jak wkładają jej trumnę do ziemi.
Wszystko jest tak jak dziewczyna mówiła. Pogoda zmienia się z dnia na dzień i nareszcie można odpuścić z grubej zimowej kurtki. Słońce powoli próbuje wydostać się zza gęstych chmur, ale wygląda to tak, jakby ono samo wiedziało, że jeszcze nie jest na to czas. Jeżeli w końcu poczujemy jego gorące promienie, to będzie oznaka dla nowego życia w przyrodzie. Ale też jednego straconego w człowieczeństwie.
- Czemu jesteś smutna? - zapytała Bridgit i złapała moją rękę. - Przecież jeszcze nikt nie umarł! - dodała cicho się śmiejąc, ale standardowo jej nawet najdrobniejszy chichot kończy się atakiem kaszlu. Podeszłam do niej z białą chusteczką, w którą zaraz wypluła dwa duże skrzepy krwi. To i tak niewiele jak na cały dzień. Po skończonym, jak to dziewczyna zazwyczaj mówi "koncercie", wyrzuciłam papier do kosza i ponownie usiadłam na niewygodnym krześle, do którego zdążyłam się już przyzwyczaić. Tak samo jak do tych białych ścian i pikającej aparatury. Te wszystkie rzeczy były już nudne dla moich oczu. Potarłam kciukiem szorstkie knykcie dłoni dziewczyny, która lekko się do mnie uśmiechnęła.
- Już niedługo, Aniu… - powtórzyła po raz kolejny te nieszczęsne słowa, które bolały jeszcze bardziej. Nie dlatego, że są one prawdziwe. Tylko dlatego, że ona wiedziała dokładnie kiedy to nastąpi, a ja nie miałam zielonego pojęcia.
- Nie boisz się? - zapytałam z czystej ciekawości.
- A niby czego? - prychnęła pod nosem. - Każdego z nas to czeka. - wzruszyła niewinnie ramionami i poprawiła się na poduszce. - Nie żegnamy się przecież na długo. Wy też do mnie dołączycie.
- Nie żegnajmy się jeszcze. - powiedziałam stanowczo kręcąc głową.
- Dobrze. - potwierdziła i pociągnęła nosem. - Jeszcze mamy czas.
Chciałabym wiedzieć dokładnie ile jeszcze mamy. A może i nie chcę? Jeżeli bym wiedziała, żyłabym ze świadomością, że to jest właśnie ten dzień. Dzień, kiedy ma się wszystko zakończyć i zacząć od początku.
- Nie wyglądasz najlepiej. - stwierdziła marszcząc brwi.
- Umm, źle spałam… - wyjaśniłam cicho. O ile moje nocne schadzki po domu, można nazwać snem...
- A co ja mam powiedzieć? - ponownie się zaśmiała i tym razem tylko lekko chrząknęła. - Leże na cholernie niewygodnym łóżku, podpięta do kilkunastu kabelków. Do tego mam jakieś pikające gówno nad głową i wszyscy myślą, że jest w porządku.
Na prawdę dużo się starałam, aby nie wybuchnąć śmiechem, ale jakoś mało mi to wychodziło. Nie mogłam powstrzymać się przez trzy sekundy i mój napad euforii trwał przez dłuższy czas. Bridgit tak samo jak ja, śmiała się jak głupia, dopóki nie napadł jej męczący kaszel, który trwał o wiele za długo, niż powinien. Dopiero po jakimś czasie dziewczyna mogła swobodnie oddychać, ale jej czerwone gałki oczne były wręcz przerażające. Kolejne dwie chusteczki znalazły się w koszu, a widząc prawie pełny worek innych śmieci, głośno westchnęłam. Szkoda tylko, że praktycznie całą pojemność foliowego materiału zajmują zużyte chusteczki, najczęściej zabrudzone zaschniętą już krwią.
Chciałabym, aby w końcu się to skończyło. Żeby Bridgit mogła oddychać i śmiać się spokojnie. Pewna tego, że za chwilę jej płuca nie wytoczą kolejnej walki z resztą organizmu. Ale wiem doskonale, że potworny kaszel przestanie ją męczyć dopiero wtedy, kiedy wszystko inne powie już "dość". A tego nikt nie chce.
- Lepiej nie mów nic śmiesznego, bo niedługo cały las wyrąbiemy. - jak zwykle zaczęła żartować, a ja nie miałam pojęcia, skąd do cholery bierze aż tyle energii, żeby wymyślać te durne dowcipy. Zdecydowanie przebywała zbyt długo w towarzystwie Jamesa… - Powiedz mi lepiej, co tam ciekawego słychać.
- Właściwie to nic. - wzruszyłam ramionami. - Więcej nauki, mniej wolnego czasu. Normalka.
- A z Kendallem? - zapytała marszcząc brwi, a ja głośno westchnęłam.
Tutaj też bez żadnych zmian. Od kiedy Bridgit trafiła do szpitala, ani razu nie spotkaliśmy się u mnie, czy też u niego, aby dokończyć naszą naukę. Widujemy się w szkole, ale i tam nie ma czasu na poważne rozmowy. Zazwyczaj jesteśmy w szóstkę, a nasze tematy schodzą jedynie na stan zdrowia Bridgit, czy też wspólne uczenie się nowych słówek z hiszpańskiego, albo powtarzanie kilkudziesięciu dat na historię. Po szkole jadę z Dustinem do studia, gdzie przygotowujemy się do mistrzostw, pod czujnym okiem Stana. Od razu po zajęciach jedziemy do szpitala, w którym spędzamy kilka godzin i wracamy do domu, aby zająć się naszymi lekcjami. Każdy dzień wyglądał praktycznie tak samo i ta monotonia zaczynała mnie denerwować. Do dzisiaj...
- Zadzwonił do mnie, kiedy weszłam do szpitala. - powiedziałam wzdychając. - Prosił mnie, żebym wytłumaczyła mu tematy z trzeciego działu. Podobno są to ostatnie testy, które musi zaliczyć. Jeżeli wyciągnie się na wyższą średnią, będzie mógł spokojnie wrócić do drużyny. - wyjaśniłam dziewczynie, która pokiwała głową na znak zrozumienia.
- No to chyba dobrze, nie?
- Też tak myślę. - odparłam zaciskając wargę.
- Jesteście tak cholernie skomplikowani… - westchnęła, a ja szerzej otworzyłam oczy.
- Co takiego? - zapytałam zaskoczona.
- To co słyszysz. - wzruszyła ramionami. - Jesteście tak cholernie różni, ale pod jakimś względem do siebie podobni. Jednak to podobieństwo i tak jest różne.
Pokręciłam głową, kompletnie nie rozumiejąc, co takiego dziewczynie chodzi po głowie. Ona jest typową zagadką, którą nie da się w żaden sposób rozwiązać. Przynajmniej, ja nie mam pojęcia jak się do tego zabrać. Ale myślę, że jedna osoba już mnie w tym dawno uprzedziła...
Słysząc ciche pukanie do drzwi obydwie odwróciłyśmy się w tamtą stronę, a widząc poczochrane włosy, które jako pierwsze mogłam dostrzec, od razu szerzej się uśmiechnęłam. „O wilku mowa...” Jego worki pod oczami każdego dnia robiły się co raz większe, przez co zaczęłam się o niego martwić. Kiedy on ostatni raz spał? A jadł? Powinien odpocząć i się porządnie wyspać. „Ty też.” podpowiedziała mi moja podświadomość.
Pena podszedł do dziewczyny i jak każdego dnia, ucałował jej czoło i obydwa policzki. To było ich już standardowe przywitanie i pożegnanie. Na samym początku chłopak był nieco speszony naszą obecnością, kiedy witał się tak z Bridgit, ale po pewnym czasie nie zwracał kompletnie na nas uwagi. Kiedy tutaj wchodził, jego źródłem energii była tylko i wyłącznie ta ledwo co żyjąca dziewczyna, z której każdego dnia uciekało życie. Wydawało się, jakby oddawała je komuś innemu, kto potrzebował je o wiele bardziej niż ona. Ale przecież, każdy zasługuje aby żyć.
Do ręki wzięłam pożyczony od pielęgniarek kolorowy wazon, z którego wyjęłam lekko uschnięte kwiatki, a nieświeżą wodę wylałam do zlewu. Nalałam zimnej cieczy do szklanego naczynia i ponownie postawiłam je na stoliku nocnym. Carlos od razu włożył tam malutki bukiet kolorowych kwiatów i był to jedyny moment, kiedy odwracał wzrok od twarzy dziewczyny. Wczorajsze kwiatki zawinęłam w papier, włożyłam je do mojej torby. Bridgit nie pozwala wyrzucać mi żadnych bukietów, jakie dostaje. Dostałam zadanie, aby układać je w moich książkach i mają się suszyć. Za każdym razem, kiedy mi to przypomina, śmieję się, że jeżeli mam każdego dnia dostawać takie kwiatki, to mam nadzieję, że zapełnię każdą książkę postawioną w mojej biblioteczce.
- Kiedy zamkniesz ostatnią wolną książkę, więcej już nie będziesz musiała tego robić. - odpowiadała mi zawsze. - Bo już nie dostaniesz ani jednego bukietu kwiatów.
Znaczenie tych słów jest dosyć oczywiste. Dopóki mam wolne książki, Bridgit będzie jeszcze żyć. Dlatego jak głupia, każdego dnia próbuję dostawić jeszcze pięć egzemplarzy znalezionych w każdym pokoju mojego domu. Niestety na żadnej półce nie ma już miejsca na nowe lektury. I to właśnie boli mnie najbardziej.
- Pójdę już. Nie będę Wam przeszkadzać. - uśmiechnęłam się do dwójki wpatrzonej w siebie, jakby nie widzieli poza sobą świata. Ale któregoś razu Logan mi wytłumaczył, że oni właśnie w ten sposób się porozumiewają. Nie potrzebują słów, żeby odnaleźć dobry kontakt.
- Do zobaczenia jutro. - pocałowałam Bridgit w policzek na pożegnanie.
- Do zobaczenia jutro. - odpowiedziała mi jak zawsze. I chociaż to były zwykłe słowa, to potrafiły podnieść na duchu. Bo wiedziałam, że jeszcze jutro będę mogła ją zobaczyć. Że to jeszcze nie jest koniec.
Do mojego domu dotarłam po pół godzinie i od razu zostałam zawołana do pracowni Jade, która tworzyła kolejne arcydzieła. Następny wernisaż obrazów i zdjęć zbliżał się wielkimi krokami i moja artystka jest pełna energii i zapału do tworzenia nowych obrazów. Ale ta wystawa ma być tak samo ważna dla Daniela, który również ma co się denerwować. Po przedstawieniu prac kobiety, mają zaprezentować się jego nowi podopieczni, których udało mu się znaleźć przez te kilka miesięcy. Ten dzień będzie najważniejszy dla całej naszej rodziny.
„Cała nasza rodzina - jak to pięknie brzmi.”

~*~

Wszystko działo się tak samo, jaki kilka tygodni temu. Dzwonienie dzwonkiem, otwarcie drzwi przez jakże przesympatyczną gosposię, która miała ten sam wyraz twarzy co zawsze, kiedy mnie widzi i typowe słowa - "Ania jest u siebie." Normalnie jakbym miał Deja Vu, czy coś w tym rodzaju.
Ale kilka tygodni temu przychodziłem tutaj jedynie z przymusu, który stawał się powoli obowiązkiem. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Przyszedłem tutaj z własnej woli, a wymówka trudnego tematu z chemii była wręcz idealna, jak na tę chwilę. Wiedziałem, że teraz wszyscy będą się kręcić wokół Bridgit i wcale mnie to nie dziwi. Sam cholernie się martwiłem o tą dziewczynę i prosiłem w duchu, aby odnalazła się dla niej nadzieja na dalsze życie. Przychodziłem do niej praktycznie codziennie, tak samo jak każdy z naszej paczki. Wszyscy martwili się o Mendler, z której każdego dnia uchodziło życie. Nie mam pojęcia, czy inni to widzą, ale mam wrażenie, że wszyscy odbiegają od prawdy i myślą swoimi założeniami. Ale ja miałem inne oczy, które widziały czystą prawdę, a nie parszywe kłamstwo. I może w tym tkwi mój błąd? Nigdy nie potrafię dostrzec innych rzeczy, jak tylko podstawowe kształty i kolory, które nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Wielokrotnie Ania powtarzała mi, abym zamknął na chwilę oczy tutaj, a otworzył je dopiero w duszy. Zazdroszczę jej tego, że potrafi widzieć to, co chce zobaczyć. Bo ja niestety widzę tylko to, co muszę.
Ściągnąłem moje buty oraz kurtkę i wolnym krokiem wszedłem po marmurowych schodach domu Państwa Smith. Gdybym przyszedł do obcej mi rodziny, od razu skomentowałbym ich miejsce zamieszkania, jako domostwo starych i parszywych snobów. Ale Pani Jade i Pan Daniel byli tego odwrotnością. Wiem, że ich dom został wybudowany za ciężko zarobione pieniądze, które dostali za ich talent i umiejętności, jakie nie nabywa zwykły człowiek. Obrazy Pani Smith mogą znaleźć się na ścianie Białego Domu w Waszyngtonie i nikt mi tego nie zaprzeczy.
Delikatnie zapukałem do białych drzwi, ale nikt mi nie odpowiedział. Po chwili ponownie powtórzyłem ruch, ale i za drugim razem, nic nie usłyszałem. Lekko zdenerwowany otworzyłem delikatnie drzwi i wpakowałem do wnętrza pokoju jedynie moją głowę. Sypialnia była całkowicie opustoszała i nie było ani śladu po brunetce. Niepewny swoich czynów, wszedłem w głąb pokoju i zamknąłem za sobą drzwi.
- Ania? - odezwałem się cicho, a w odpowiedzi dostałem dźwięk lejącej się wody z prysznica, co mogło jedynie oznaczać, że Ania bierze kąpiel. Postanowiłem poczekać na dziewczynę na jej cholernie wygodnym łóżku. Rzuciłem się na materac, a wraz z moim opadnięciem na pościel, podskoczyło jeszcze kilkanaście poduszek, które jak zawsze były idealnie ułożone. Podpierając ręce pod głowę, głośno westchnąłem i spojrzałem się na biały sufit. Nigdy nie sądziłem, że to kiedykolwiek powiem, ale nawet się stęskniłem za tym pokojem. Z niewiadomych przyczyn uwielbiałem tutaj przesiadywać i sam, czy też w dużym gronie, zawsze wiedziałem, że jest tutaj coś, czego nigdzie indziej nie ma. Tylko jeszcze nie mam pojęcia, co to takiego jest...
Po kilku minutach drzwi od łazienki w końcu się otworzyły, przez co od razu popatrzyłem w tamtym kierunku. Niczego nieświadoma dziewczyna, która w dalszym ciągu suszyła swoje włosy białym ręcznikiem, sama była jedynie owinięta w ten materiał. Po ramionach i obojczykach spływały jeszcze krople wody, które tworzyły malutkie ścieżki wody.
Jednak to jej twarz była zdecydowanie ważniejsza od reszty ciała, które było skąpo okryte. Dopiero teraz mogłem zauważyć jakie na prawdę są włosy Ani, które osiągały niewyobrażalną długość. W końcu przestała gładzić je ręcznikiem i spojrzała prosto w moją osobę, a zaskoczenie wymalowane w jej oczach, było pierwszą rzeczą, jaką mogłem dostrzec.
- Co Ty tutaj robisz? - zapytała oszołomiona. Za każdym razem, kiedy się mnie nie spodziewa zadaje to cholerne pytanie, przez które od razu chce mi się wywrócić oczami. Czy na prawdę nie ma już innych form przywitań, jak tylko to pytanie?
- Czekam na Ciebie. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Alice powiedziała mi, że jesteś u siebie, ale nie wspominała, że bierzesz prysznic.
- Pomagałam Jade w obrazach i pobrudziłam się farbami. - wyjaśniła lekko zdenerwowana. - Przyszłam tylko po balsam do ciała. - wskazała jedną ręką na toaletkę, gdzie leżał wspomniany przez nią przedmiot. Podniosłem się z materaca i podszedłem do białego mebla, z którego zabrałem okrągłą tubę. Podszedłem do Ani, która nadal stała na środku pokoju, a na jej odkrytych rękach pojawiła się gęsia skórka spowodowana spływającym kroplom wody. Stanąłem na przeciwko niej, w dalszym ciągu patrząc jedynie na jej oczy, które w tym momencie nadzwyczajnie inaczej błyszczały, niż zazwyczaj. Nie interesowało mnie kompletnie, że właśnie kilka centymetrów ode mnie stoi Ania, która jest jedynie zawinięta w biały ręcznik i dam sobie rękę uciąć, jeżeli nie jest ona kompletnie naga.
- Umm, dzięki. - bąknęła pod nosem i zacisnęła lekko wargi. Jej stres był widoczny w każdym calu skóry i z jakiegoś powodu mi to schlebiało.
- Nie musisz się denerwować. - powiedziałem cicho i szerzej się uśmiechnąłem. - Już i tak widziałem Cię prawie nagą, kiedy musiałem Cię przebrać. Nie pamiętasz?
- To była inna sytuacja. - mruknęła odwracając wzrok ode mnie. - Wtedy nie byłam świadoma, a teraz...
- A teraz, skoro tak bardzo czujesz się skrępowana w mojej obecności, wróć się do łazienki i przyjdź dopiero wtedy, kiedy będziesz już ubrana. - przerwałem jej od razu wiedząc, że ma pewnie więcej do powiedzenia niż powinna. - I przestaniesz kusić losu, bo jeszcze chwila i Twoja dolna warga znajdzie inne miejsce niż w Twoich zębach. - dodałem jeszcze dokładnie przyglądając się jej ustom, które od razu się lekko rozchyliły. Uwielbiałem w jaki sposób reaguje na moje słowa, a już w szczególności, kiedy nawiązuję do jej warg.
Wolnym krokiem wycofała się z powrotem do łazienki oczywiście zamykając za sobą drzwi. Głośno westchnąłem i lekko się uśmiechnąłem widząc, jak jej zachowanie względem mnie uległo zmianie. A może to ja w końcu zmądrzałem i inaczej postrzegam dziewczynę?
Ponownie zająłem miejsce na łóżku i czekałem, aż w końcu Ania opuści pomieszczenie i będziemy mogli porozmawiać. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, albo po prostu już mi tak wysiadywała psychika, że każdą sekundę liczyłem za pięć minut.
- Co dzisiaj powtarzamy? - zapytała dziewczyna od razu po wyjściu z łazienki. Tym razem była ubrana w szare leginsy i czerwoną bluzę przez głowę z kapturem, a jej włosy były rozpuszczone na jej plecach. Usiadła na małym taborecie koło toaletki i zaczęła wyjmować jakieś rzeczy z jej szuflad.
- Właściwie to nic. - odparłem z lekkim uśmiechem i poprawiłem się na poduszkach. - Chciałem jedynie pogadać. Od kiedy wróciliście z zawodów nie było jeszcze do tego okazji...
- Masz racje. - odpowiedziała lekko skruszona i przeczesała palcami mokre końcówki. Do kontaktu podłączyła kabel od suszarki, którą położyła na blacie toaletki. - Ale to nie była ani moja, czy Twoja wina. - dodała cicho.
- Ja nie mam do nikogo pretensji. - odezwałem się szybko. - Po prostu stwierdzam fakty.
Ania lekko się uśmiechnęła i włączyła głośne urządzenie, które przystawiła do swoich mokrych włosów. Po kilku minutach je wyłączyła i odwróciła się w moją stronę.
- Byłam dzisiaj u Bridgit… - powiedziała cicho.
- Domyślałem się, że tam będziesz. Co z nią? Lepiej, gorzej? - zacząłem się dopytywać.
- Bez zmian. - wzruszyła ramionami i ponownie nacisnęła przycisk od urządzenia. Głośny szum gorącego powietrza dotarł do mojej głowy z ogromnym pulsowaniem i prosiłem, aby te udręki minęły jak najszybciej. Za chwilę dziewczyna ponownie nacisnęła przycisk, dzięki czemu w pokoju zapanowała kojąca dla moich uszu cisza.
- Zastanawiałam się dzisiaj nad jednym. - spojrzałem na nią pytającym wzrokiem ciekawe tego, co ma do powiedzenia. - Czy Carlos kiedykolwiek miał dziewczynę? - zapytała niepewnie.
- Z tego co mi się wydaje to nie. - powiedziałem od razu. - Zawsze powtarzał, że nie będzie tacy jak my i będzie czekać na tą jedyną. - dodałem z uśmiechem.
- Tak myślałam… - mruknęła i ponownie pokój wypełnił głośny szum, a ja jęknąłem w duchu. Niech ona skończy wreszcie suszyć te włosy! - Tacy jak Wy? - zapytała po chwili znowu przerywając suszenie. - To ile miałeś już dziewczyn?
- Generalnie jedną. - odpowiedziałem niepewnie. Ania nie może dowiedzieć się o Lucy. Ta historia nie ma prawa ujrzeć światła dziennego. - Ale za to James i Logan bawili się w krótkie piłki. Razem mieli chyba z trzynaście związków, które trwały po dwa, może trzy miesiące.
- A Twój? Ile trwał? - dopytywała się ciekawskim głosem.
- Mam Ci podać dokładną datę? - zapytałem rozbawiony.
- Jeżeli chcesz...
- Dziewięć miesięcy, szesnaście dni i siedem godzin. - wyrecytowałem dobrze znane mi liczby, które powtarzałem sobie przez pewien czas. Nie miałem pojęcia, że jeszcze tak dobrze pamiętałem kiedyś bardzo ważne dla mnie ciąg cyfr.
- Wow… - szepnęła zaskoczona. - Musiała być dla Ciebie bardzo ważna, skoro tak dobrze wszystko pamiętasz. - powiedziała zaskoczona.
- Bo była… - mruknąłem. - Ale zmarła. - dodałem szybko i zacisnąłem wargi ze zdenerwowania. Nie powinienem w ogóle o tym wspominać...
- Przykro mi… - szepnęła i po raz kolejny włączyła suszarkę. Miałem nadzieję, że już jej nie wyłączy i dokończy swoje suszenie, ale jak na złość moich myśli, musiała uczynić zupełnie inaczej. - Kiedy to było? - zapytała cicho.
- Kiedy miałem czternaście lat. - wyjaśniłem od razu. - Najpierw zmarł Kevin, a rok później Lucy. Miała krwiaka mózgu, którego zbyt późno wykryto.
Widząc zmieszanie na twarzy brunetki nie chciałem dalej drążyć tego tematu. Podniosłem się z łóżka i w dwóch krokach doszedłem do dziewczyny, która popatrzyła się na mnie zaskoczona.
- Co Ty wyprawiasz? - zapytała, kiedy wyrwałem jej suszarkę z ręki.
- Jeżeli w dalszym ciągu chcesz rozmawiać, to najpierw wysuszymy te włosy, zanim moja głowa totalnie eksploduje z bólu. - wyjaśniłem i nacisnąłem przycisk, nie dając już dojść do słowa dziewczynie. Teraz mogłem bez żadnych oporów dotykać jej długiej grzywy, której końcówki same zakręcały się w lekkie sprężynki na niektórych kosmykach. Zapach owocowego szamponu dotarł do moich nozdrzy o wiele mocniej niż zazwyczaj, kiedy miałem okazję przytulić się do niej i wcale mi to nie przeszkadzało. Po kilku minutach w końcu wyłączyłem cholerne urządzenie i z lekką odrazą odłożyłem je na blat.
- Dziękuję. - dziewczyna uśmiechnęła się do mojego odbicia w lustrze i zaczęła rozczesywać długie pasma szczotką do włosów. Po chwili schyliła głowę i złapała wszystkie kosmyki w rękę, zakręcając je na czubku głowy i związała na nich gumkę.
- Dlaczego je spinasz? - zapytałem zaskoczony.
- Kiedy ostatnim razem miałam rozpuszczone włosy pewna blondynka chciała mi je obciąć. - odpowiedziała sprzątając wszelkie przybory.
- To było ponad pół roku temu… - mruknąłem marszcząc brwi.
- A ja w dalszym ciągu nie darzę zaufaniem tej osoby. - kiedy sprzątnęła wszystkie rzeczy, usiadła na fotelu i skrzyżowała nogi. - To o czym chcesz rozmawiać?
- Błagam Cię, nie zachowuj się jak jakaś terapeutka… - jęknąłem niezadowolony, na co tamta zaśmiała się pod nosem. - Tęskniłem za tym… - stwierdziłem szczerze, a widząc jej lekkie zakłopotanie mogłem bez dwóch zdań przyznać sobie kolejny punkt. - Zaczęłaś mówić coś o Carlosu. - zmieniłem szybko temat, aby dziewczyna przestała się krępować.
- Taaa… - mruknęła poprawiając sobie bluzę i wyjęła na wierzch swój wisiorek, który w dalszym ciągu składał się z dwóch przywieszek, a nie z jednej, jak to było poprzednio. - Martwię się o niego...
- Ja też. - przyznałem szczerze. - Jeżeli Bridgit umrze...
- Nie umrze. - przerwała mi od razu, ale po chwili głośno westchnęła. - Przepraszam… - wymamrotała, a ja jedynie kiwnąłem głową na znak zrozumienia.
- Jeżeli Bridgit odejdzie… - ciągnąłem dalej. - Carlos nie będzie mógł się pozbierać.
- Wiem o tym. I to martwi mnie najbardziej.
- Dlaczego akurat oni? - zapytałem z wyrzutem.
- Zastanawiam się nad tym praktycznie codziennie...
- Z jednej strony strasznie im współczuję, ale z drugiej… - przerwałem na moment i nabrałem powietrza do płuc. - Zazdroszczę.
- Czego? - zdziwiła się kręcąc głową.
- Wiary w życie.
Jeżeli byłbym na miejscu Carlosa, nie wiem jak bym wytrzymał. On ma w sobie pewną moc do zdziałania cudów, a jednym z nich było dalsze życie blondynki. Wielokrotnie byłem świadkiem rozmowy z lekarzami, którzy w dalszym ciągu dziwili się, że ktoś takie jak Bridgit ma siłę, żeby jeszcze oddychać. Nie mam pojęcia, jak on to robi i nawet nie chcę tego wiedzieć.
- Jak się wtedy czułeś? - zapytała po chwili ciszy, jaka zapanowała. - Jak się czułeś, kiedy ona odeszła?
- Czułem ból. I to bardzo mocny. Jakby ktoś mnie bił i zostawił ostatni procent życia, żebym cierpiał. - mówiłem z zamkniętymi oczami, aby móc na chwilę, choć bardzo niechętnie, wrócić do tamtych chwil. - Potem przyszło poczucie winy, które trwa aż do teraz. A na samym końcu pojawiła się pustka. Coś w rodzaju wyrwania kawałka duszy i ukrycia jej jak najdalej ode mnie, abym już nigdy nie mógł jej odnaleźć.
- Czy udało Ci się ją zapełnić? - jej niepewny ton głos, mógł tylko świadczyć o tym, że potwornie bała się zadawać mi jakiekolwiek pytania na ten temat. Na jej miejscu też bym się bał. Nie ma pojęcia po jak kruchym lodzie stąpa, ale jakoś w ogóle jej to nie przeszkadza. A mi o dziwo też nie.
- Nie. - zaprzeczyłem od razu. - Ona w dalszym ciągu jest i niczym nie można jej naprawić.
Ania głośno westchnęła i potarła swoją twarz rękoma, jakby chciała schować swój wyraz twarzy. A to właśnie było mi teraz potrzebne. Chciałem zobaczyć jej emocje, które są wymalowane w oczach. Można z nich czytać jak z otwartej księgi, jeżeli tylko zna się odpowiedni język.
- Jeżeli coś kochamy, ono zniknie jeszcze szybciej, niż byśmy tego nienawidzili… - powiedziałem jeszcze.
- W takim układzie muszę Cię nienawidzić, żebyś nigdy nie odszedł. - szepnęła ze łzami w oczach.









~~~~
One Direction- Something Great








____

Hej kochani :*

I jak? Podobał Wam się rozdział? Wiem, że nienawidzicie opisówki i zdecydowanie wolicie dialogi, ale w następnych rozdziałach chciałam się skupić na uczuciach naszych bohaterów związane z ważnymi wydarzeniami.

I jak widać Bridgit znalazła się już w szpitalu. Niestety... ;<
Mogę Wam się przyznać, że kiedy pisałam następne rozdziały to płakałam coraz bardziej. Ale powodów było wiele, a między innymi to taki, że już tak bardzo mało zostało rozdziałów do zakończenia Parallel... Nie mogę uwierzyć, że ta historia pomału ma swój koniec...

To tyle ode mnie. Jakieś uwagi? Pytania? Piszcie gdziekolwiek, a ja postaram się na wszystko odpowiedzieć :)

Kocham Was! Do zobaczenia w niedzielę! :)