niedziela, 19 lipca 2015

Pożegnanie, podziękowanie + small information.

Jeżeli nie masz ochoty czytać tej notki, to przynajmniej zjedź niżej do small information i zapoznaj się z terminarzem na następne dni ;)




***

Pożegnania mają to do siebie, że zawsze są smutne.
Niezależnie od czasu, czy też miejsca.
Bo oznaczają koniec czegoś,
co powinno się już skończyć.
Pozostają wspomnienia,
które zbierają się w naszej głowie, już od kilkunastu lat.

Jeszcze nie raz, będziemy musieli się pożegnać.
Niezależnie od czasu, czy też miejsca.
Będziemy jedynie wspominać, może też i płakać.
Ale to wszystko minie, tak samo jak osoby,
z którymi się żegnamy.
Później będzie łatwiej, bo niedługo o wszystkim zapomnimy.

Jeżeli się żegnamy, to chcemy coś przerwać.
Niezależnie od czasu, czy też miejsca.
Musimy coś zakończyć,
żebyśmy mogli coś zacząć.
A jeżeli kończymy, to się żegnamy.
I zapominamy.

Dlatego ja nie chcę się żegnać.
Niezależnie od czasu, czy też miejsca.
Chcę o wszystkim pamiętać,
a nie jedynie wspominać.
Nie chcę myśleć, że coś się skończyło.
Nawet wtedy, kiedy mnie do tego zmuszają.

Więc się nigdy nie żegnajmy.
Niezależnie od czasu, czy też miejsca.
Niech to coś trwa wiecznie,
żebyśmy nigdy tego nie zapomnieli.
Żyjmy bez pożegnań,
tak aby nikt nie musiał płakać.

Ale pożegnać się muszę.
Niezależnie od czasu, czy też miejsca.
Bo coś kończę i zaczynam.
I wszystko będę wspominać z uśmiechem
i pewnie ze łzami.
Ale obiecuję - będę o wszystkim pamiętać.




Jest to wiersz mojego autorstwa, który napisałam przed zakończeniem gimnazjum, reakcje osób z mojej byłej klasy będę pamiętać na dłuuugi czas...

W inny sposób nie umiem się pożegnać, więc pierwszą cześć mamy za sobą xd

A teraz, czas na kolejną:



Czyli tą dłuższą... xd

Na sam początek oczywiście chciałabym podziękować Kindze i Jagodzie, które wspierały mnie od samego początku tej historii. Znosiły każde moje marudzenie i pomagały wtedy, kiedy byłam w dołku. Kindze chciałabym podziękować za przypominanie mi o Dustinie, który musiał być z Anią, a Jagodzie za przypominanie mi o Kendallu, który również musiał być z Anią xd. Dziękuję Wam dziewczyny, że mi pomagałyście i po prostu, że byłyście ze mną, kiedy Was potrzebowałam.

Kolejne podziękowania dla mojej najwspanialszej klasy gimnazjalnej. Nie będę tutaj wszystkich wymieniać, chociaż bardzo bym chciała, ale trochę by mi się zeszło. Dziękuję Wam dziewczyny, że wspierałyście mnie i podsuwałyście mi pomysły na następne rozdziały. Oraz za Waszą niecierpliwość i często lekkie zdenerwowania, spowodowane zachowaniem bohaterów. Może i wydaje się to śmieszne, ale dzięki tym Waszym krótkim kłótnią, pokazałyście mi, jak bardzo wczułyście się w całe opowiadanie.

I oczywiście DUŻE podziękowania dla wszystkich czytelników. Wiem, że pisałam to wiele razy, ale powtórzę: gdyby nie Wy - ten blog w ogóle by nie istniał. Dziękuję za każdy komentarz, każde pytanie, każde pojedyncze wyświetlenie. Co do statystyk, to zaraz do tego dojdę, ale licznik odwiedzin mówi sam za siebie. Dziękuję, że nie opuściliście mnie, chociaż na to zasługiwałam wiele razy. Dziękuję za szczere opinie, które wiele mnie nauczyły. Dziękuję za każdą wspólną chwilę z Wami, za każdy rozdział, który był napisany z myślą o Was. Bardzo bym chciała wymienić tutaj wszystkich, którzy przyczynili się do dalszego pisania, ale tych osób jest tak dużo, że aż mnie głowa boli! Mam nadzieję, że każdy z Was zrozumie ile dla mnie znaczy. Dziękuję za pochwały i krytyki. Dziękuję za również podsuwanie mi pomysłów. Dziękuję za znalezienie weny, która często niestety mnie opuszczała. I chciałabym przeprosić za niektóre rozdziały, jakie nie były poprawnie napisane, albo po prostu nudne.

I mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale muszę się streszczać, bo jeszcze sporo mam do napisania. xd


Teraz odrobina statystyk (na godzinę 00:20):

Liczba wyświetleń: 18301
Liczba komentarzy: 728
Liczba postów: 66
Liczba obserwatorów: 29


Jak widzicie, liczby są ogromne i nadal nie mogę uwierzyć, że doszłam już tak daleko. Coś niesamowitego...
Jeszcze raz, bardzo dziękuję :*


Small information:

Jak już wcześniej wspominałam, od 1 września zaczynam pisać nowe opowiadanie, czyli - Last Days With You. Czemu dopiero za dwa miesiące? Są wakacje kochani, dajmy wszystkim odpocząć ;) Zregenerujmy siły na kolejne 10 miesięcy! ;)
Nowy wygląd bloga oraz listę bohaterów opublikuję pod koniec sierpnia. Mam nadzieję, że będzie Wam się podobać, bo ja już nie mogę się doczekać, kiedy to wszystko zobaczycie :)



To napisałam, to też... I o tym też napisałam... A! Zostało już tylko jedno:



Parallel zostaje oficjalnie ZAKOŃCZONY.



To tyle. Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję. Podziękowania mogłabym pisać i pisać, ale komu by się chciało to czytać? ;)
Widzimy się pod koniec sierpnia z nowym linkiem do bloga ;)


Udanych wakacji i miłego wypoczynku! :*

~Wasz MisioSchmidt



Kontakt:
Twitter: @hejkaschmidt
Ask: http://ask.fm/hejkaschmidt
e-mail: ania12572@wp.pl

Epilog.

Może i w tamtym momencie wyglądałem jak typowy pedofil, który uśmiecha się na widok małych dzieci, ale nie mogłem nic poradzić, żeby chociaż na chwilę zmienić wyraz twarzy. I patrząc dookoła siebie, to nie tylko ja miałem z tym problem. Suszymy ząbki panowie! Wzruszyłem ramionami i znowu popatrzyłem się w centrum tego całego wydarzenia. Kto by pomyślał, że w przyszłości będę w takim miejscu i do tego u boku wszystkich osób, którzy odegrali ważną rolę w moim życiu. Bez wyjątku dodałem w myślach, patrząc jak dwie dziewczyny trzymają duży plakat ze zdjęciem Bridgit. I chociaż jej kompletnie nie znały, to i tak miały do niej ogromny szacunek. Tak jak i reszta fanów.
- Jest świetny. - usłyszałem Claudię, która stała kilka kroków przede mną, razem z Anią i Erin. Wszystkie trzy na głowach miały kolorowe wianki, zrobione ze sztucznych kwiatów. Widziałem jak jakieś dziewczynki podchodziły do nich, kiedy weszliśmy na salę. I nie mam pojęcia, na czym ta akcja polegała, ale widok z boku sceny na całą widownię, gdzie wszyscy na głowach mieli te ozdoby był rewelacyjny.
Spojrzałem jeszcze raz na Claudię i głośno westchnąłem, przypominając sobie naszą wczorajszą kłótnię. Dlaczego to babsko musi być aż takie uparte?
- O co się pokłóciliście? - zapytał Dustin, stając obok mnie.
- Skąd wiesz, że się pokłóciliśmy? - prychnąłem pod nosem i zacząłem bić brawo, po kolejnej piosence, która jak zwykle wyszła rewelacyjnie. Z resztą, która by nie była?
- Znam Cię nie od dziś, Maslow.- poklepał mnie po ramieniu i parsknął śmiechem.
- Wczoraj... Za bardzo mnie poniosło i zamiast zapytać się o coś ważnego, to powiedziałem kilka niepotrzebnych słów… - westchnąłem i oparłem się o filar, przy którym wszyscy staliśmy.
- James… - mruknął, kręcąc głową. - Ile Ty masz lat? Pięć? Czy dwadzieścia pięć?
- Wiek nie ma znaczenia...
- W Twoim przypadku pewnie nie. Ale dziewczyny wolą dorosłych facetów. - przeczesał swoje włosy i upił łyka wody ze swojej butelki.
- I mówi to koleś, który pisze SMS-y do dziewczyny mieszkającej kilka mil stąd, bo bał się zostać w wielkim mieście. - prychnąłem pod nosem, na co Belt lekko się zmieszał.
- Nie to, że się bałem...
- Wszyscy i tak wiemy, że się bałeś. - przerwałem mu szybko, krzyżując ręce na piersiach.
- Po prostu wiedziałem, że to i tak nic z tego by nie wyszło… - odparł zrezygnowany. Wyciągnął swój telefon i zaczął coś na nim pisać, a ja wywróciłem oczami.
- I chociaż wiesz, że nic by nie wyszło, to piszesz do niej o każdej porze dnia i nocy?
- Lubię z nią pisać. - wzruszył ramionami i znowu zatopił swój nos w komórce.
- Gdybyś tam został, to mógłbyś też się z nią spotykać. - przypomniałem mu z cwanym uśmiechem. Przypomniałem sobie rozmowę Ani przez Skype, kiedy to opowiadała mi jak to Dustin spotkał dziewczynę swoich marzeń. I mógł zostać w New York, spełniać dalej swoje marzenia i być z Ellen, ale ten wolał wrócić do nudnego Los Angeles pod pretekstem... W sumie, on nie miał żadnego wytłumaczenia. Po prostu wrócił i truje wszystkim dupę na temat szatynki, którą przypadkiem spotkał w bibliotece. Swoją drogą, to jestem ciekaw co on tam robił....
- Idź do niej. - powiedział po chwili ciszy, jaka zapadła między nami. Spojrzałem się na niego pytającym wzrokiem, na co on jedynie wywrócił oczami. - Idź i ją przeproś, a potem powiedz to, co zamierzałeś jej powiedzieć.
- Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. - prychnąłem pod nosem. - Teraz jest jej ulubiona piosenka… - dodałem zrezygnowany.
- To spróbuj zrobić wszystko, aby ona stała się jeszcze bardziej lubianą.
Głośno westchnąłem i po szybkiej analizie wszystkich za i przeciw, wolnym krokiem podszedłem do dziewczyn, które stały i słuchały jak zahipnotyzowane.
- Mogę Cię prosić na chwilę? - zapytałem Claudii, która nawet na mnie nie spojrzała.
- Teraz jest moja ulubiona piosenka. - odparła poważnie, a ja miałem ochotę przybić sobie piątkę. Zbyt dobrze już ją znam...
- Dlatego właśnie chciałbym, żebyś ze mną porozmawiała. - powiedziałem poważnie, ciągle mając nadzieję, że jednak się uda.
Widziałem zrezygnowanie w jej oczach, kiedy musiała opuścić swoje przyjaciółki, ale posłusznie odeszła od nich i wyszła za mną na korytarz, gdzie kręciły się pojedyncze osoby, czekając w kolejce do łazienki.
- Streszczaj się. - warknęła, krzyżując ręce na piersiach. Jezu, ale ja ją musiałem zdenerwować.
- Ja… - zagryzłem wargę i powoli zacząłem wypuszczać powietrze. - Chciałem przeprosić.
- Za co? - zmrużyła powieki, jakby w niewiedzy, ale obydwoje wiedzieliśmy, że tylko udaje. Doskonale wiedziała, za co chcę ją przeprosić. I tak samo jak ja, wie o tym doskonale, że jest mi ciężko przyznać się do błędu. Perfidne babsko, robi to specjalnie!
- Za moje wczorajsze słowa. Za to jak Cię wczoraj nazwałem i w jaki sposób do Ciebie mówiłem. Jest mi wstyd, że musiałaś słuchać tych wszystkich obraźliwych rzeczy, jakie skierowałem w Twoją stronę...
- Wiesz, że człowiek w napadzie złości, mówi wszystko to co myśli? - nadal stawiała na swoim, a ja już za cholerę nie wiedziałem, jak do niej przemówić. - Z miłej niespodzianki, jaką dla mnie przygotowałeś, zrobiłeś najgorszą romantyczną kolację, na jakiej kiedykolwiek byłam.
- To wszystko przez to, że zaczęłaś mówić o tym, że chcesz się wyprowadzić… - westchnąłem zrezygnowany. - Ja chciałem się zapytać, czy nie zechciałabyś ze mną zamieszkać, a Ty mi wyjeżdżasz z przeprowadzką do Bostonu. I jak nie miałem się zdenerwować? Chciałem, aby ta kolacja była idealna, a jak zwykle poszło nie tak jak chciałem, a na dodatek...
- Czekaj, co? - przerwała mi z szeroko otworzonymi oczami, a ja chciałem jedynie palnąć sobie w łeb. Za długi mam jęzor… - Jak to z Tobą zamieszkać?
- No... normalnie… - wzruszyłem ramionami i oblizałem usta. - Po prostu uważałem, że nadszedł ten czas w naszym związku, żeby razem zamieszkać. A ostatnio coś mówiłaś o podwyższonym czynszu, więc pomyślałem... Że może warto Cię o to zapytać... Ale jeżeli chcesz wyjechać do rodziców, to nie ma problemu... Tylko...
- Jesteś idiotą. - znowu mi przerwała śmiejąc się pod nosem.
- Co? - zmarszczyłem brwi, kompletnie nie rozumiejąc jej nagłej zmiany nastroju. Podeszła do mnie bliżej i zarzuciła ręce na szyi.
- Jesteś idiotą. - powtórzyła jeszcze szerzej się uśmiechając.
- Bo chciałem się Ciebie zapytać, czy się do mnie wprowadzisz? - zapytałem oburzony.
- Przestań gadać. - mruknęła i delikatnie musnęła moje usta. Uśmiechnąłem się przez pocałunek, przyciągając ją jeszcze bliżej siebie. Dokładnie słysząc słowa piosenki o nieprzewidzianej i zaskakującej miłości, która ogrzewa serca wszystkich dookoła, musiałem porównać ją do tego wszystkiego co się teraz dzieje. I tu nie tylko chodziło mi o mnie i o Claudię. Ale też i o resztę przyjaciół, którzy zostali na swoich miejscach, kiedy my postanowiliśmy zrobić sobie krótką przerwę.
- Mam to odebrać jako tak? - zapytałem po chwili.
- Zacznij sprzątać w swojej szafie. - uśmiechnęła się słodko i cmoknęła mnie jeszcze w nos, po czym pociągnęła za moją rękę, kierując się w stronę wejścia do głównej hali.
- Tym razem Ci odpuszczę, że wyciągnąłeś mnie w trakcie tej piosenki. - dodała jeszcze i stanęła do mnie tyłem, wtulając się w mój tors.
- Przynajmniej będziesz miała powód lubić ją jeszcze bardziej. - mruknąłem do jej ucha, powtarzając wcześniejsze słowa Dustina, który stał kilka kroków dalej od nas i jak jakiś debil śmiał się pod nosem. Założę się, że kiedy stąd wyjdziemy, jego pierwsze słowa skierowane w moją stronę będą "A nie mówiłem?".
- Jesteście jeszcze gorsi od Logana i Erin. - usłyszałem obok siebie Carlosa, który skrzyżował swoje ręce na piersiach.
- Więc się nie patrz. - odparłem rozbawiony, na co tamten prychnął pod nosem i udając obrażonego odwrócił się bokiem do nas. I gdyby nie odgłos tłuczonego szkła, mógłbym spokojnie słuchać dalszego występu przyjaciela.
- Ja przepraszam! - drobna brunetka próbowała uratować poplamioną koszulkę Peny coca-colą, który wpatrywał się w nią jak w ósmy cud świata. Miała krótkie ciemne włosy, które co i rusz wpadały do jej oczu.
- Przepraszam, to było niechcący! Ja naprawdę nie chciałam. - tłumaczyła się dalej, jakby popełniła najgorszą zbrodnię na świecie. Zachichotałem cicho pod nosem, widząc jak Carlos w dalszym ciągu nic nie powiedział, tylko patrzył, jak obca dziewczyna starała się wytrzeć pozostałości po napoju.
- Nic się nie stało. - powiedział w końcu chłopak i lekko się do niej uśmiechnął. - To tylko koszulka. - dodał lekko zaczerwieniony i odebrał brudne chusteczki od dziewczyny, które wyrzucił je do kosza na śmieci, który znajdował się przy filarze. - Umm, to ja powinienem przeprosić. Ja... no... um… - no niech mnie trzymają! Carlos Pena speszył się przy jakieś obcej lasce! No zaraz tutaj padnę ze śmiechu!
- Musimy iść, Natalie. - dopiero teraz zauważyłem kolejną dziewczynę, najwidoczniej koleżankę tamtej niezdary.
- Tak, ja… - popatrzyła się na swoją towarzyszkę, a potem na mojego przyjaciela, który w dalszym ciągu nie mógł od niej oczu oderwać. - Jeszcze raz przepraszam. - mruknęła zawstydzona i odeszła od naszej grupki.
Wszyscy odprowadziliśmy ją wzrokiem, ale to Pena najdłużej wpatrywał się w tłum ludzi, w którym zniknęła krótkowłosa. Kilka razy przyłapałem ją, jak odwraca się w naszą stronę, ale spoglądała tylko i wyłącznie na Carlosa.
- Co to za laska, Pena? - zapytał rozbawiony Schmidt.
- Natalie… - szepnął cicho patrząc przed siebie. Co on jakiegoś natchnienia dostał, czy jak?
- Całkiem ładna. - skomentował Dustin.
- Kto jest całkiem ładny? - zapytała Ania podchodząc do Kendalla. Tamten jak z automatu objął ją ramieniem i cmoknął ją w usta.
- Natalie… - powtórzył Carlos i nie mogłem się powstrzymać od wywrócenia oczu.
- Sprawczyni mokrej koszulki Peny. - dodałem, widząc pytające spojrzenie brunetki.
- Fani dzisiaj dają czadu. - odezwał się znowu Dustin spoglądając w tłum ludzi, stojących przed nami. I chociaż byliśmy praktycznie na samym końcu, to i tak mieliśmy doskonały widok na całą scenę. Z resztą, kiedy my nie mieliśmy dobrych miejsc na koncercie Logana? Do tego mamy osobistego ochroniarza! Wcale nie jest Wasz! No dobra wiem... Nawet pomarzyć przez chwilę nie dadzą...
Odwróciłem się w stronę Prestona, który lekko się do mnie uśmiechnął i szybko się rozejrzał, czy przypadkiem ktoś nie chciałby przyjść i zmasakrować Anię i Dustina, jak to już wiele razy się zdarzało. I coś czuję, że Preston niedługo będzie miał nowego przyjaciela, skoro Schmidt postanowił przedłużyć swój kontrakt o kolejne dwa lata.
To niewiarygodne jak przez te kilka lat jesteśmy zupełnie innymi ludźmi! Innymi, ale jednak wciąż tymi samymi, kiedy to spotkaliśmy się w University Of California. Od pierwszego dnia w tamtej szkole, kiedy zaczynaliśmy nasz ostatni rok szkolny, dosłownie wszystko się zmieniło. Zyskałem nowych przyjaciół i co najważniejsze, mam dziewczynę! I kiedy o tym pomyślałem, ucałowałem w dalszym ciągu czerwone włosy Claudii, nie wyobrażając ich sobie w innym kolorze.
Nie mam pojęcia co by było gdyby tamtego dnia Ania Smith nie wpadła na korytarzu na Katelyn Tarver, która zaraz do nas przyleciała, robiąc przy tym ogromne wyrzuty. Pamiętam jak śmiałem się z jej histerycznego tonu głosu, który bawił mnie za każdym razem. Spojrzałem na szczęśliwą Anię i jeszcze bardziej szczęśliwego Kendalla, którzy wyglądali idealnie. Cieszę się, że mój stary przyjaciel w końcu znalazł tą jedyną. Po tylu latach wiecznego błądzenia w ciemnym labiryncie, z którego nie mógł znaleźć wyjścia, mógł znowu poczuć się szczęśliwym i co najważniejsze, kochającym. Miłość z tej dwójki tryskała, niczym woda z wodospadu. Może i jest taki na świecie, który przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla tej dwójki, a ich uczucie będzie tak silne, jak wiecznie będzie spływać z niego woda.
- Dziękuję Wam bardzo! - krzyknął Logan do mikrofonu, kiedy zakończył śpiewać kolejną piosenkę, z jego nowej płyty. I tylko mogłem sobie wyobrazić zazdrość tych wszystkich fanów, kiedy zobaczyliby mój egzemplarz albumu ze specjalną dedykacją. Dla najbardziej pokręconego człowieka na świecie. Prychnąłem pod nosem, przeczesując moje włosy.
- Mam dla Was pewną niespodziankę. - odezwał się znowu, kiedy krzyki ze strony publiczności nieco ucichły. - Będzie to piosenka ze specjalną dedykacją. I gdybym mógł, to oczywiście zadedykowałbym ją mojej wspaniałej dziewczynie… - wychylił głowę w naszą stronę i spojrzał na Erin. I to było wręcz pewne, że dziewczyna oblała się słodkim rumieńcem. -...Ale tym razem jest dla również ważnych osób w moim życiu. Bo to właśnie dzięki nim jestem tutaj i spełniam swoje marzenia z dzieciństwa. Ta piosenka opowiada o nich, jakby była napisana na podstawie ich historii. Historii, która miała swoje wzloty i upadki. Która miała więcej zakończeń, niż początków i niestety większość z nich kończyło się dosyć smutno. Ale właśnie trwa kolejny ich wątek, który mam nadzieję zakończy się szczęśliwie. - uśmiechnął się sam do siebie i odchrząknął zalegającą chrypę w jego gardle. Spojrzał się dokładnie w naszą stronę i znowu szeroko się uśmiechnął. - Ania, Kendall. To dla Was. Opiekujcie się sobą nawzajem.
Wszystkie światła zgasły i został tylko jeden reflektor padający prosto na sylwetkę naszego przyjaciela. Band zaczął grać pierwsze takty starej piosenki ulubionego zespołu Ani. Ukradkiem spojrzałem na dwójkę zakochańców, którzy w tamtym momencie nie widzieli świata poza sobą.

If I don't say this now I will surely break
As I'm leaving the one I want to take

I chociaż była to piosenka zadedykowana dla moich przyjaciół, to jednak czułem, że jest też ona dla mnie i Claudii. Dziewczyna jeszcze mocniej wtuliła się w moje ciało, a ja zaplotłem swoje ręce na jej brzuchu, opierając głowę o jej ramię.

Forgive the urgency but hurry up and wait
My heart has started to separate

I byłem na sto procent pewny, że w tym momencie większość dziewczyn w tej sali, wylewa już nie pierwsze łzy podczas tego koncertu. Co jak co, ale głos Logana był... był to po prostu głos Logana Hendersona i tyle.

Oh, oh
Be my baby
Oh,
Oh, oh
Be my baby

Nachyliłem się nad uchem Claudii czekając na ostatni wers refrenu, aby móc zaśpiewać jej najważniejsze słowa tej piosenki.
- I'll look after you.










Koniec.









____



Nienawidzę pożegnań.

Nigdy nie wiem co w takich chwilach powinnam napisać. Bo... no cóż... mhm, trudno jest przyznać, że coś się skończyło, skoro tak bardzo się nie chce.

Oczywiście zaraz dodam kolejną notkę dotyczącą podziękowań i spraw organizacyjnych na kolejne dni i fajnie by było, gdybyście ją przeczytali, ale oczywiście nikogo nie będę zmuszać.

Mam do Was ostatnią prośbę: czy moglibyście pisać tutaj, najlepsze momenty związane z tym opowiadaniem? Chciałabym trochę z Wami powspominać i tak żeby... żeby wiedzieć, że PARALLEL jest wieczne.


Tutaj to chyba już wszystko. I tak strasznie długa mi ta notka wyszła xd Nie powiem, że miło by było, gdyby każdy kto czytał to opowiadanie i dotarł do samego końca, skomentował to chociaż jednym słowem, ale nikogo nie będę przecież zmuszać...

Zaraz dodam kolejny post, także - do zobaczenia :*

środa, 15 lipca 2015

Rozdział 60 "Lepiej późno niż wcale!."

You warm me like sunshine
You cool me like summer rain
Just let me sit down beside you
Over and over again
~~~~~~~~~~~~~~~~

Kolejne narzędzia znalazły swoje miejsce w odpowiednich szufladach, w których powinienem w końcu posprzątać. I kiedy patrzyłem jaki jest tam bałagan, jedynie wywróciłem oczami i zamknąłem je, wmawiając sobie, że jutro zrobię tam porządek. Zaśmiałem się sam z siebie, za moje plany, które i tak nie dojdą do skutku.
Brudne ręce wytarłem w ścierkę, którą rzuciłem na czysty już blat i oceniając stan pomieszczenia, w którym się znajdowałem, mogłem w końcu opuścić warsztat i udać się do domu. Pogasiłem wszystkie światła i dobrze zamknąłem drzwi, sprawdzając trzy razy, czy aby na pewno są dobrze zamknięte. Wygładziłem swoją brudną koszulkę i wsiadłem do samochodu, który spokojnie mknął przez ulice Los Angeles do mojego mieszkania. Po drodze zajechałem jeszcze do pobliskiego sklepu, pamiętając o kupieniu wędliny na kolację i jutrzejsze śniadanie. Pani Turney jak zwykle musiała zapytać mnie o samopoczucie i czy kontaktowałem się z rodzicami. Tymi samymi słowami co zawsze odpowiadałem jej na wszystkie pytania i po dwudziestu minutach w końcu mogłem przekroczyć próg mojego domu.
Ściągnąłem brudne buty, a klucze od warsztatu i domu powiesiłem na haczyku, gdzie również znalazła się moja kurtka, która była niezbędna dzisiejszego poranka. Ale jak zwykle po południu temperatura podwyższyła się o dziesięć stopni i okrycie wietrzne nie było już potrzebne.
Skierowałem się do małej kuchni, gdzie rozpakowałem zakupy i zabrałem się za przygotowanie kolacji, wcześniej dokładnie myjąc ręce środkiem dezynfekującym. Gotowy do spożycia posiłku, udałem się do salonu, usiadłem na kanapie i postawiłem moją gorącą herbatę z cytryną na stole, aby znowu nie pobrudzić siedzeń. Włączyłem telewizor, gdzie akurat leciał mecz ligi mistrzów, który chciałem dzisiaj obejrzeć. Rozsiadłem się wygodnie i zacząłem samotnie spożywać kolację, tak jak każdego innego dnia. Patrząc w stronę ekranu telewizora, nie mogłem nie zwrócić uwagi na stojące ramki ze zdjęciami, które wybierał James, kiedy urządzałem po swojemu mieszkanie. Zaśmiałem się pod nosem, przypominając sobie jak kiedyś nienawidziłem ustawiać się do aparatu. Dzisiaj zrozumiałem, w czym tkwił fenomen w małych karteczkach, uchwycające poszczególne wydarzenie. To dzięki nimi mam szansę na zagłębieniu się we wspomnieniach, które utkwiły w mojej głowie i za żadne skarby nie chciały stamtąd wyjść.
Uśmiechnięci rodzice razem z dwójką dzieci, patrzyło się wprost na mnie, przypominając mi o rodzinie, którą w końcu odzyskałem, po tylu latach nienawiści. I chociaż nie ma jednej osoby, to i tak wydajemy się być szczęśliwi. Stojące obok zdjęcie przedstawiające czwórkę młodych chłopaków, ubranych w stroje do grania, uświadomiło mnie co takiego zyskałem, po tylu latach wspólnej znajomości. Mam trójkę wspaniałych przyjaciół, którzy do tej pory mnie nie opuścili. Wręcz przeciwnie! Czasami wydaje mi się, że mieszkają razem ze mną, ale jak widać dzisiaj odpuścili sobie odwiedziny i nawet mi to nie przeszkadzało. I stało tam jeszcze jedno zdjęcie, gdzie za cholerę nie mogłem siebie poznać. Mając trzynaście lat wyglądałem jak jakiś szczeniak myślący, że cały świat należał do niego. Ale właśnie ten szczeniak obejmował piękną blondynkę z szerokim uśmiechem i iskrach w oczach. Z pozoru wyglądali na zwykłych przyjaciół, ale wiedziałem doskonale, że łączyła ich o wiele silniejsza relacja, niż można było się domyślić.
Z głośnym westchnięciem poszedłem do kuchni, gdzie zostawiłem brudne naczynia w zlewie, kodując sobie w głowie, aby jutro rano je umyć. W salonie wyłączyłem telewizor i udałem się w stronę schodów, prowadzących na pierwsze piętro. Wykonując wieczorną toaletę, nie mogłem uwierzyć, jak moje życie stało się czystą monotonią. Codziennie wykonuję te same czynności i nie zdziwiłbym się, gdyby były w tych samych odległościach czasowych. Ale nawet ta monotonia mi nie przeszkadzała w byciu szczęśliwym. Może nie byłem aż tak szczęśliwy jak kiedyś, ale było na pewno dobrze. Przygotowując łóżko do spania, zwróciłem uwagę na kolejne trzy zdjęcia, która znalazły swoje miejsce na nocnym stoliku. Przypomniałem sobie jak James nazwał to miejsce: Odchodzący stolik. I chociaż upierałem się, że tak nie jest, to jednak po pewnym czasie przyznałem mu rację.
Pierwsze z nich przedstawiało uśmiechniętego od ucha do ucha Kevina, który nie spodziewał się, że jego życie może tak szybko się skończyć. I może kiedyś wspominając sobie wspólnie spędzone chwile, nie mogłem powstrzymać łez, to jednak dzisiaj szeroko się uśmiechnąłem. Wiedziałem, że niebyły zadowolony, gdyby zobaczył mnie płaczącego nad jego zdjęciem. Troszkę dalej stała kolejna czarna ramka, tym razem przedstawiająca blondwłosą dziewczynę i mnie stojąc obok niej i delikatnie obejmując ją w pasie. Tutaj niestety nie mogłem powstrzymać łez, które jak zwykle musiały zagościć na moich policzkach w najmniej oczekiwanych momentach. I chociaż minęło już trochę czasu od jej śmierci, dalej nie mogłem uwierzyć, że ktoś taki jak Bridgit Mendler po prostu odeszła. Na zawsze będzie mi się kojarzyć z tęczą składającą się z o wielu więcej kolorów niż tylko z siedmiu.
- Przepraszam, że nie dotrzymałem twoich obietnic… - szepnąłem zdesperowany i przeniosłem wzrok na ostatnie zdjęcie. Na to, które pod jakimś względem uwielbiałem, ale też nienawidziłem. Uwielbiałem je, bo kiedy zostało zrobione, po prostu byliśmy razem. Tylko ja i ona. I to uczucie, które dalej skrywa się w moim sercu pomimo upływu ponad dwóch lat, kiedy to ani przez moment jej nie wiedziałem. I to właśnie była ta część, której nienawidziłem, patrząc na to zdjęcie. Bo uświadamiała mi, że ona jednak mnie zostawiała. A obiecywała. Razem, na zawsze.
Opadłem zmęczony na łóżko i odwróciłem się w stronę okna, gdzie jasne punkciki próbowały oświetlić ciemny dywan nieba. I lekko się uśmiechnąłem, widząc trzy znajome mi gwiazdki, które witały się ze mną każdej nocy. One nigdy mnie nie zostawiły. I mam nadzieję, że tego nie zrobią. Nie chciałem prosić ich o złożenie obietnicy, bo z doświadczenia wiem, że żadna z nich nie dotrwa nawet roku. Po raz ostatni rzuciłem okiem na gwiazdy i przymknąłem zmęczone powieki.


*


- Ja otworzę! - krzyknął Carlos, zanim mogłem cokolwiek powiedzieć. - A Ty pilnuj jedzenia. - wskazał jeszcze palcem na garnki postawione na kuchni i wyszedł z pomieszczenia. Wywróciłem oczami, ale posłusznie stanąłem obok kuchenki i przymieszałem łyżką czerwony sos, który znajdował się w srebrnym garnku. Byłem bardzo ciekawy co tym razem Pena postanowił przygotować...
- Hej Kendall! - usłyszałem za sobą głos Jamesa, który postawił na blacie reklamówkę z zakupami. - Sorry, że tak późno, ale fanki Logana dopadły nas w sklepie.
- Ktoś ma jeszcze przyjść? - zapytałem patrząc na foliową torbę, gdzie znajdowały się przeróżne produkty spożywcze. Przywitałem się uściskiem dłoni z Jamesem, a potem z Loganem, który zaraz wszedł do kuchni.
- Nie, a czemu pytasz? - zapytał zdziwiony Carlos, który szybko podszedł do swojego dania, które miesza już od piętnastu minut.
- Bo kupiliście tyle jedzenia, że spokojnie całą drużynę piłkarską można nakarmić. - wyjaśniłem popijając swój sok ze szklanki.
- Marudziłeś ostatnio o pustej lodówce, więc przyszliśmy Ci z pomocą. - wyjaśnił Logan, siadając wygodnie na krześle i od razu w jego rękach znalazł się telefon.
- Znowu piszesz do Erin? - odezwał się w jego stronę Maslow.
- Dałem jej znać, że już jestem u Kendalla… - chłopak wzruszył niewinnie ramionami i wrócił do pisania na komórce.
- A jak będziesz sikać, to też wyślesz jej wiadomość, czy zrobisz jej zdjęcie? - Carlos parsknął śmiechem na ten komentarz, ale szybko przestał, kiedy Logan zmroził go wzrokiem.
- O, nagram jej filmik. - mruknął Henderson, lekko zdenerwowany.
- O! O tym to nie pomyślałem! - James pstryknął w palce, jakby odkrył coś bardzo mądrego. Chociaż w jego przypadku to nie wiem, czy byłoby to możliwe. - Stary, daj dziewczynie żyć! A może właśnie siedzi u kosmetyczki, która robi jej te wszystkie zabiegi odprężające i nagle Ty wysyłasz jej wiadomość, że jesteś już u Schmidta. Przecież to żałosne! Dziewczyn to kompletnie nie interesuje, co robisz w każdej minucie przebytej u swojego kumpla. No, może kiedy pójdziesz do klubu, albo coś...
- Daj już mu spokój. - wtrąciłem się w jego zażalenia i wyciągnąłem cztery czyste talerze, które podstawiłem Carlosowi. - Jestem pewien, że jakbyś miał dziewczynę, to też byś się tak zachowywał.
- Niedoczekanie Twoje… - usłyszeliśmy dzwonek jego telefonu, który wyciągnął z kieszeni i szybko odebrał. - Tak, mamo?... Tak, jestem już u Kendalla... Mamo, nie mam już dziesięciu lat, żeby mówić Ci, że już dotarłem do mojego przyjaciela...
Nie mogłem inaczej postąpić, jak wybuchnąć głośnym śmiechem. Logan i Carlos poszli w moje ślady, przez co Maslow lekko się speszył i szybko zakończył rozmowę.
- Masz rację, że dziewczyny nie interesują się, co robisz w każdej minucie przebytej u swojego kumpla. - odezwał się Logan, który nie mógł powstrzymać chichotu.
- Och, zamknij się… - Maslow warknął przez zaciśnięte zęby i usiadł na swoim standardowym miejscu. Spożywaliśmy posiłek w przyjemnej atmosferze, przypominając sobie poszczególne minuty wczorajszego meczu. Potrawa, jaką przyrządził Carlos była obłędna i po raz kolejny rozpoczęła się bitwa o ostatnią porcję, którą i tak podzieliliśmy na cztery równe części.
- Kto gotuje, ten nie zmywa. - odezwał się Pena, wygodnie rozkładając się na krześle.
- A od kiedy jest taka zasada? - zapytał James upijając łyka soku pomarańczowego.
- Od dzisiaj. - powiedział krótko Carlos i głośno westchnął. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tym razem to jego telefon dał o sobie znać krótkim i jednym sygnałem. Spojrzał na ekran i lekko zmarszczył brwi, a potem szybko się podniósł z siedzenia. - Wywiad za pięć minut! - krzyknął tylko i pobiegł do salonu z prędkością światła.
- Co? Jaki wywiad? - zapytałem zdezorientowany, zabierając brudne talerze, które włożyłem do zlewu. Udałem się za resztą przyjaciół do pokoju, gdzie Carlos szukał jakiegoś kanału w telewizorze, wybijając stopą pewien nieznany mi rytm.
- Jest! - krzyknął szczęśliwy, kiedy udało mu się znaleźć odpowiednią stację telewizyjną. - Własnie się zaczyna!
- Co się zaczyna? - odezwałem się znowu, kompletnie nie rozumiejąc zachowania przyjaciół.
- Wywiad Dustina i Ani. - powiedział cicho Logan i usiadł na fotelu.
I nawet jeśli bardzo bym chciał, to i tak nie mogłem opuścić teraz salonu. Wmurowało mnie w podłogę tak, że chyba tylko dźwig mógł w stanie mną ruszyć. Wiedziałem doskonale, że przyjaciele mieli bardzo dobry kontakt z tą dwójką i dokładnie wiedzieli kiedy i gdzie mają się pojawić, ale prosiłem ich, aby nie rozmawiali o tym w mojej obecności. Długo trwało zanim rana po jej odejściu się zagoiła, ale i tak została sporej wielkości blizna. Taka sama jak na moim lewym boku, która przypomina mi o najgorszych momentach w moim życiu. Kiedy to bałem się, że mogłem stracić moje szczęście, narażając swoje własne życie. I cóż mi po tym? Mieszkam sam we własnym domu, a dziewczyna, której uratowałem życie, ani razu przez ostatnie dwa lata nie próbowała się ze mną skontaktować. Co najgorsze, ja nadal ją kocham i za nic w świecie nie mogłem wyrzucić z siebie tego uczucia.
- Witamy bardzo serdecznie po krótkie przerwie! - krzyknęła prze szczęśliwa kobieta w krótkich blond włosach. - Jesteśmy teraz w naszym kąciku kulinarnym, którym zajmują się nasze wschodzące gwiazdy parkietu! - kamerzysta przeniósł obraz z energicznej kobiety, na dwójkę osób, stojących za kuchennym blatem, przygotowując jakieś posiłki. Obydwoje pomachali do kamery i szeroko się uśmiechnęli, nie zdając sobie sprawy, jak ich ruchy były bardzo synchroniczne. Próbowałem dostrzec jakieś podobieństwa w ich wyglądzie, ale za nic nie mogłem wymienić jednej części, która była taka sama. Nie wyglądali na bliźnięta. A już na pewno nie na rodzeństwo. Różnili się wszystkim, kolorem włosów, karnacją skóry, wzrostem, rysami twarzy, no wszystkim!
Jednak to zawsze widok brunetki będzie przysparzał mnie o szybsze bicie serca i nierównomierny oddech. Boże, ile bym dał żeby chociaż na moment zatopić się w jej ramionach. I to byłby tylko jeden jedyny i ostatni raz, bo już nigdy bym jej nie wypuścił.
- Ania Smith i Dustin Belt! - krzyknęła prowadząca, a wśród widowni rozbrzmiały się głośne krzyki i oklaski. - I cóż mogę powiedzieć na sam początek? - kobieta załamała ręce i głośno westchnęła.
- Może sałatki? - chłopak podsunął pod jej nos miskę z kolorowym wnętrzem, przez co z widowni można było usłyszeć ciche śmiechy.
- O tak, to jest dobry pomysł. - kiwnęła głową i odebrała od Dustina naczynie. - Wręcz smakowity. - poprawiła się szybko i odchrząknęła chrypę zalegającą w jej gardle. - Ale teraz nie o tym. Na początek mam do Was pewne pytanie. Czy Wy w ogóle zdajecie sobie sprawę, jak bardzo jesteście rozchwytywani przez Waszych fanów i mediów?
- Nie i chyba nigdy nie będziemy. - odezwała się dziewczyna, na której głos od razu serce zaczęło bić o wiele mocniej. - Jesteśmy tylko i wyłączni zwykłymi tancerzami, a takich jest bardzo dużo na całym świecie.
- Ale nie każdy tancerz ma za sobą taką historię! - kobieta pstryknęła palcem i spojrzała się do swoich kartek. - Wiecie jak Was nazywają? - w odpowiedzi obydwoje pokręcili głowami. - Rodzeństwo o dwóch nazwiskach. Całkiem oryginalnie, nie sądzicie?
- Ale jak prawdziwie. - przyznał Dustin kiwając głową.
- Możecie nam wyjaśnić, dlaczego macie dwa inne nazwiska?
- Cóż, historia jest dosyć pokręcona i długa, ale postaramy się ją szybko i łatwo wyjaśnić. - znowu odezwał się Dustin drapiąc się po głowie.
- Po urodzeniu zostaliśmy rozdzieleni i trafiliśmy do innych środowisk. Ja wychowywałam się razem z biologicznymi rodzicami, natomiast Dustin przez pewien czas był w Domu Dziecka, ale został adoptowany przez nową rodzinę. - wytłumaczyła Ania.
- Później nasza biologiczna matka, o której nie miał pojęcia zmarła, a ojciec trafił do więzienia. Takim sposobem Ania również znalazła się w ośrodku adopcyjnym, z którego zabrali ją Państwo Smith. - wtrącił jeszcze Dustin.
- I jak to się stało, ze się poznaliście? - zapytała z wymalowanym na twarzy zaciekawieniem.
- Przez przypadek w szkole, a później zostaliśmy przyjaciółmi. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się o naszym pokrewieństwie.
- To niesamowite… - mruknęła prowadząca. - Brawa dla naszych gości! - krzyknęła w stronę publiczności i znowu szeroko się uśmiechnęła. - Ponad dwa lata temu zostaliście mistrzami świata, później przylecieliście do New York i zaczęliście uczęszczać do Broadway Dance Center, gdzie właśnie tam udało Wam się osiągnąć karierę. Z tego co mi wiadomo to podpisaliście nawet kontrakt, dzięki któremu mieliście szansę, aby wystąpić wśród tak wielkich artysótw jak na przykład sama Katy Perry. No i do tego jeszcze Wasza rola w nowym filmie Jonathana Murraya, o którym jeszcze wspomnę. Czy to nie za dużo jak na tak młodych ludzi?
- Trochę się tego nazbierało, to fakt. - zaśmiał się Dustin i popatrzył przez chwilę na Anię. - Skończyliśmy liceum i od razu przeskoczyliśmy do świata show biznesu, z którego już nie jest łatwo się wydostać. Na początku jak zawsze było ciężko, ale dzięki temu, że byliśmy we dwójkę, udało nam się przeżyć trudne chwile i osiągnąć szczyty marzeń.
- Wrócę teraz do tego filmu, o którym wcześniej już wspomniałam. Jako zwykli tancerze, którzy nie mieli kompletnie żadnej wiedzy dotyczącej aktorstwa, zostaliście postaciami drugoplanowymi w produkcji Jonathana Murray`a. Jak to się stało?
- Szczerze mówiąc to sami nie wiemy. - zaśmiała się Ania. - Jon przyszedł na jedne zajęcia i zaczął oglądać nasze poczynania, po czym po prostu do nas podszedł i się zapytał, czy nie chcielibyśmy zagrać w jego nowym filmie.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że byłem na planie filmowym razem z tak wielkim reżyserem jakim jest Jon. Wyreżyserował dwie części Step Up, który uwielbiam. Jest tam pokazane dosłownie wszystko, o co chodzi w tańcu! A kiedy pomyślę, że brałem udział w kolejnym takim projekcie, nadal nie mogę wyjść z podziwu. - głośno westchnął i zrobił większe oczy z zaskoczenia.
- Film ma się ukazać dopiero pod koniec wakacji. Będziecie na jego premierze?
- Oczywiście, że tak! - krzyknęła dziewczyna. - Już nie mogę się doczekać, aż usiądę wygodnie w fotelu i zobaczę jak to wszystko wygląda ze strony widza.
- Czy zamierzacie brnąć w karierę aktorstwa, czy raczej zostaniecie przy tańcu?
- Na planie bawiliśmy się świetnie i tego nie mogę zaprzeczyć. - Dustin objął ramieniem swoją siostrę, która posłała mu nieśmiały uśmiech. - Ale jakoś nie widzę się w przyszłości jako aktor. To nie jest dla mnie.
- A teraz powiedzcie mi tak szczerze. - kobieta oparła się o kuchenny blat i lekko pochyliła się w ich stronę. - W przeciągu tych kilkunastu miesięcy, ile w sumie dni byliście w domu?
- Chyba tak ze cztery, może pięć… - odezwała się Ania marszcząc brwi. - Coś w tym rodzaju.
- Na szczęście teraz mamy w końcu dłuższą przerwę. - wtrącił się Dustin. - Czeka nas jeszcze praca na planie teledysku Justina Timberlake`a
- I co zamierzacie? - kobieta skrzyżowała ramiona na piersiach, pełna ciekawości.
- Wracamy do Los Angeles i cieszymy się wolnym życiem póki możemy. - zaśmiała się brunetka. - Chociaż następne miesiące już nie owocują takim napiętym grafikiem jak teraz. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli znowu wyjechać na tak długo. Bawiłam się świetnie przez ten czas, ale czasami po prostu ma się dosyć i najchętniej to wróciłabym do domu.
- Za kim tęsknicie najbardziej? - kobieta lekko się uśmiechnęła w ich stronę, oczekując odpowiedzi.
- Myślę, że za naszymi rodzinami i przyjaciółmi. Swoją drogą chcielibyśmy ich pozdrowić. - Dustin odwrócił się prosto do kamery i zaczął energicznie machać ręką. - Logan, James, Carlos i Erin, oczekujcie nas niedługo w swoich domach!
- W takim układzie i ja przyłączam się do pozdrowień, a z Wami niestety muszę się już pożegnać. - krótkowłosa zrobiła smutną minę i na pożegnanie przytuliła się do Dustina ja i Ani. - Życzę powodzenia w dalszej karierze oraz miłego wypoczynku.
Kobieta mówiła coś jeszcze na temat następnych gości, jacy pojawią się u niej na kanapach w programie, ale mnie jakoś to w ogóle nie interesowało. W głowie powtarzałem sobie słowa, jakie powiedziała brunetka: wracają do Los Angeles. Nareszcie.
- Przylecą za pięć dni. - jako pierwszy odezwał się Logan.
- Gówno mnie to obchodzi. - warknąłem i podniosłem się z fotela, na który nawet nie pamiętam kiedy usiadłem. Wszedłem do kuchni i stanąłem przy zlewie, po raz pierwszy dobrowolnie zgłaszając się na ochotnika do zmywania brudnych naczyń.
- A powinno! - krzyknął James, który zaraz z resztą pojawili się za moimi plecami. Wywróciłem oczami, doskonale wiedząc, co zaraz będą mówić.
- Powinieneś z nią porozmawiać. - odezwał się cicho Logan, a ja prychnąłem pod nosem.
- Gdyby chciała, to bym z nią rozmawiał. - mruknąłem stawiając pierwszy talerz na suszarce.
- Może wtedy kiedy do niej dzwoniłeś nie miała czasu odebrać? - zapytał cicho Pena.
- Pięćdziesiąt pięć razy?! - krzyknąłem odwracając się w ich stronę. - Rozumiem, dwa, albo trzy razy, ale nie ponad pięćdziesiąt! Chyba widziała, że ma dwa nieodebrane połączenia każdego dnia. Gdyby chciała ze mną rozmawiać, to wysłała by przynajmniej jednego głupiego SMS-a. Najwidoczniej, nie zależało jej tak bardzo jak mi.
- Zależało! - bronił ją Carlos. - Za każdym razem, kiedy z nią rozmawiałem, pytała się najpierw co u Ciebie słychać, a dopiero co u reszty!
- Równie dobrze mogła do mnie zadzwonić… - rzuciłem mokrą ścierką na blat, nie panując już nad złymi emocjami. A miałem spędzić miłe popołudnie z przyjaciółmi...
- Nie była gotowa… - mruknął Logan.
- Ca takiego?! - zmarszczyłem ze zdziwienia brwi, kompletnie nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Powiedziałem, że nie była gotowa. - powtórzył bez najmniejszych emocji.
- A co to znaczy "nie była gotowa"?
- Kiedy została porwana, Frank znowu chciał ją... no wiecie… - zaczął się jąkać i podrapał się po głowie. - Ale z tego co zrozumiałem, to tego nie zrobił. - dodał szybko, a mi oczy prawie wyszły z orbit. Dlaczego ja o tym wcześniej nie wiedziałem?! - Pamiętała jak zachowywałeś się w stosunku do niej, na samym początku Waszej znajomości, kiedy jeszcze nie miałeś pojęcia o jej fobii. A nie chciała też Tobie mówić, żeby Ciebie nie zawieść.
- No to są chyba jakieś żarty… - mruknąłem pod nosem i z wrażenia musiałem usiąść na krześle.
- Podczas wyjazdu do Hiszpanii była pod stałą opieką psychologa, który pomógł jej wrócić do siebie. Wasze spotkanie, to miał być też taki krok przełomowy w jej terapii. Dlatego między innymi, nie byłem za tym, aby jak najszybciej wyjechać do Europy.
- I Ty o wszystkim wiedziałeś?! - zapytałem z wyrzutem.
- Nie pozwalała mi nikomu o tym mówić, dopóki jej stan psychiczny nie wrócił do normy. To był dla niej potworny szok, spotkać się ze swoim ojcem, który zrobił jej to samo, co chciał Frank. - wzruszył niewinnie ramionami i ciągnął dalej. - Nie miała pojęcia o tym, że po zakończeniu zawodów w Hiszpanii nie wrócą do Los Angeles. Była pewna, że będzie mogła z Tobą porozmawiać, na temat wspólnej przyszłości, którą również planowała. Ale nie chciała niszczyć swoich marzeń, ale też i Dustina.
- I musiałeś czekać ponad dwa lata, żebyś w końcu to wszystko wyjaśnił? - zapytałem lekko zdenerwowany.
- Czekałem na odpowiedni moment. - odparł wzdychając. - Gdybym powiedział Ci wcześniej, miałbyś zbyt wiele czasu na głębsze przemyślenia, z których mógłbyś dojść do złych wniosków.
- Lepiej późno niż wcale! - zauważył Maslow, który szukał czegoś w mojej lodówce.
- Ty ją nadal kochasz. - zauważył Logan, a ja wywróciłem oczami. - Wyglądasz tak samo jak Carlos, kiedy wspomina się o Bridgit. Ty tak samo reagujesz na Anię.
Spojrzałem się na Carlosa, który lekko się uśmiechnął w moją stronę i oparł głowę o ścianę, cicho przy tym wzdychając. Z jednej strony zazdrościłem mu, bo nie musiał żyć w tej wiecznej niepewności dotyczącej uczuć skierowanych do drugiej osoby, którą nie wiem czy jeszcze zobaczę. Pena ma o wiele prościej, bo już wie na sto procent, że już nigdy nie spotka Bridgit i nie musi mieć wyrzutów sumienia, kiedy zacznie spotykać się z kimś innym. To niewiarygodne jak wszystko wygląda praktycznie tak samo, jak było ponad dwa lata temu.
- Ona spełniała swoje marzenia. Może najwyższa pora i na Ciebie? - odezwał się Carlos, a ja zmarszczyłem brwi.
- Nie mam marzeń. - mruknąłem pod nosem, na co chłopak parsknął śmiechem.
- A co z graniem? - zapytał Maslow. - Byłeś najlepszy w całej drużynie.
- James, to było dawno temu. Kto mnie niby teraz gdzieś przyjmie?
- Mam znajomego trenera w Greenwitch. - odezwał się szybko i wyciągnął swoją komórkę. - Wystarczy jeden telefon i mogę Cię umówić na spotkanie.
- To może poczekać… - machnąłem ręką i podszedłem do okna. - Mam teraz do załatwienia ważniejsze rzeczy.
- Niby jakie?
- Mam tylko pięć dni, na przygotowanie się na spotkanie. - uśmiechnąłem się na samą myślę, że niedługo będę mógł zobaczyć dziewczynę, która w dalszym ciągu trzyma moje serce w swoich sidłach i nawet przez chwilę mi nie przeszło przez głowę, aby spróbować je stamtąd zabrać.


*


Bałem się jak jakiś dziesięciolatek, który przychodził do domu z zakrwawionymi kolanami, z powodu wchodzenia po drzewach, czego zabronili mu rodzice. Po raz kolejny wytarłem ręce w spodnie i w końcu nacisnąłem dzwonkiem do drzwi, za którymi słychać było głośną muzykę i śmiechy przyjaciół.
- Cześć Kendall! - przywitała mnie Claudia z promiennym uśmiechem. - Fajnie, że wpadłeś. - otworzyła szerzej drzwi i wpuściła mnie do środka. Muzyka grała z salonu, ale większość głosów dobiegało z kuchni.
- Robisz za gospodarza? - zapytałem dziewczynę, która jedynie wywróciła rozbawiona oczami.
- James zagubił się w akcji. - zaśmiała się pod nosem, a ja zmarszczyłem brwi ze zdziwienia. - Poszedł do łazienki. - wyjaśniła szybko, a ja parsknąłem śmiechem.
Mieszkanie Jamesa należało do jednych z tych pierwszych, jakie powinien mieć każdy nastolatek wstępując w życie dorosłe. Znajdowało się na drugim piętrze jedno z tych nowszych bloków, na osiedlu w samym centrum Los Angeles. Wielkością było wręcz idealne dla samego Maslowa, który ma miejsce na swój typowy bałagan, który dzisiaj postanowił chyba posprzątać ze względu na małą domówkę. Wchodząc do kuchni przywitałem się z Erin i Loganem oraz Carlosem, który rozmawiał z Dustinem.
- Dobrze Cie widzieć. - powiedział w moją stronę Belt i mocno uścisnął moją dłoń. Zero złości, czy też nienawiści, tylko czysta przyjaźń. Aż dziwne...
- Ciebie również. - odpowiedziałem na jego uśmiech, nie wierząc w swoje zachowanie względem niego. Co się z nami stało, że już nie patrzymy na siebie, jakbyśmy zaraz mieli się pozabijać? Czyżbyśmy dorośli? - Myślałem, że się zgubicie po tej Europie.
- Niewiele brakowało w Niemczech, ale jak widać wróciliśmy bez problemów. - zaśmiał się na wspomnienie, jakie przeleciało mu zapewne przez głowę.
- Cześć Kendall! - krzyknął Maslow wchodząc do pomieszczenia, w którym zaczęło się robić ciasnawo. Machnąłem tylko ręką w jego stronę, na co odpowiedział mi tym samym. - Zapraszam wszystkich do salonu, jeżeli nie chcecie aby kuchnia poszerzyła się zaraz o jeden pokój.
Wolnym krokiem przeszedłem przez korytarz witając się jeszcze z Jacobem, Sarą, Stanem, Jeną i innymi znajomymi ze szkoły oraz niedawno poznanymi. I kiedy wszedłem do salonu mój wzrok skierował się tylko w jedną stronę. Jakby w ołtarz, albo moje góru, któremu mam zaraz oddać cześć. Stała tam, niczego nieświadoma i głośno się śmiała razem z Robertem. Wyglądała... Inaczej. Tak doroślej. Włosy jeszcze bardziej jej się skręciły no i przede wszystkim urosły. I wydawało mi się, jakby ona sama nawet urosła kilka centymetrów i stała się taka bardziej potężniejsza, co nie oznacza, że dla mnie nadal jest drobna niczym Calineczka. I gdyby nie jej jedno krótkie spojrzenie w moją stronę, mógłbym tam cały czas stać i tylko się patrzeć. Dziewczyna znowu wróciła do rozmowy z przyjacielem, ale jakby sobie coś nagle uświadomiła i znowu na mnie spojrzała, tym razem z jej ust zniknął ten szeroki uśmiech, a zastąpiło zaskoczenie i dezorientacja. Ona również bacznie mi się przyglądała i skanowała mój wygląd, tak jak ja kilka chwil wcześniej.
Jednak żadne z nas się nie ruszyło, by podejść i zagadać. Ani na początku, ani wtedy kiedy wznosiliśmy toasty za nowych mistrzów świata oraz jednych z najbardziej rozpoznawalnych tancerzy na świecie, ani kiedy wszyscy zaczęli się pomału ulatniać. Po prostu tkwiliśmy po dwóch kątach pokoju i wymienialiśmy nic nie znaczące spojrzenia. To nie tylko było dziwne, ale też i bardzo denerwujące. Przez poprzednie pięć dni, przygotowywałem się jak najlepiej do naszej pierwszej rozmowy, ale widząc moją byłą dziewczynę, wszystkie te teksty które mówiłem do lustra, wyleciały z mojej głowy, tak szybko, że nawet nie zdołałem na nie spojrzeć.
- Będziesz tak stał i się gapił, czy może wreszcie coś zrobisz? - szepnął mi na ucho Maslow, kiedy piłem lekkiego drinka z colą.
- To wydaje się o wiele trudniejsze niż mi się wydawało… - głośno westchnąłem i przeczesałem swoje włosy.
- Wyjdźcie stąd. Idźcie się przejść i wtedy pogadajcie. Macie tutaj zbyt dużą widownię i nie sądzę, żeby Dustin dopuścił Cię do niej, bez żadnych problemów.
- Wydaje się miły… - wydałem wargi ze zdziwienia.
- I jeszcze bardziej opiekuńczy. - dodał James i poklepał mnie po ramieniu. - Jeżeli tak trudno jest Ci do niej podejść, to napisz jej SMS-a z prośbą o krótki spacer. Jej stary numer jest cały czas aktualny.
Postanowiłem zastosować się do rady Jamesa, który szybko odszedł ode mnie i podchodząc do Claudii zaskakując ją całusem w policzek, który jej zaserwował. Zaśmiałem się widząc jej zdezorientowaną minę, ale długo to nie trwało, bo czerwonowłosa ponownie wróciła do rozmowy z Erin.
Wyciągnąłem mój telefon i napisałem jedynie dwa słowa, które mogły się okazać dużym krokiem do odnowienia naszej znajomości. Widziałem, jak Ania bierze swoją komórkę do rąk i szybko odczytała wiadomość. Ale zamiast mi na nią odpowiedzieć, ta podniosła na mnie głowę i nieśmiało ją kiwnęła. Pierwszy kamień spadł mi z serca, a kilkanaście następnych czekało w kolejce, aby również mogły opuścić ciasną szczelinę. Jako pierwszy opuściłem salon i zabrałem moją kurtkę z wieszaka, bez słowa wyszedłem z mieszkania Jamesa. Zszedłem po schodach i wyszedłem przed blok, głośno wzdychając i mają nadzieję, że naszą rozmowa nie będzie należeć ani do tych sztywnych, ani do tych bardziej nerwowych. Po chwili usłyszałem za sobą odgłos otwierających się drzwi i ciche kroki. Odwróciłem się w stronę dziewczyny, która szybko wtuliła się w swoją bluzę i pocierała ręce, aby się ogrzać. Powietrze nie było zbyt chłodne, ale też nie należało do tych przyjemniejszych.
- Załóż to, będzie Ci cieplej. - odezwałem się, zarzucając na jej ramiona moją jeansową kurtkę, której i tak nie zamierzałem zakładać.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się do mnie i widziałem jak zaciąga się zapachem ubrania, przez co zachciało mi się śmiać. Ale gdybym był na jej miejscu zrobiłbym to samo. Skierowaliśmy się w stronę kolejnych uliczek między blokami, w dalszym ciągu pogrążeni w ciszy. Słychać było tylko nasze kroki i równomierne oddechy, które w jakiś sposób do siebie pasowały.
- Co u Ciebie słychać ?- odezwała się cicho, a niepewność w jej głosie była wręcz namacalna.
- W sumie nic ciekawego. W porównaniu do Twojego życia, to całkiem nudno. - zaśmiałem się na to porównanie. - Wyprowadziłem się od rodziców i zamieszkałem w domku po dziadkach. Przejąłem warsztat ojca, który przenieśliśmy do centrum.
- A jak z rodzicami? - przerwała mi, wyraźnie zaciekawiona wszystkim co u mnie się działo.
- Wyjechali trzy miesiące temu do Las Vegas. Wiesz, tam do domku nad jeziorem. - kiwnęła głową na znak zrozumienia. - Chcieli odpocząć i zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Rozumiem. Tobie nie jest zimno? - zapytała wskazując na moją bluzkę z długim rękawem.
- Nie. A nawet jeśli, to i tak bym tego nie powiedział. - uśmiechnąłem się do niej, na co ta lekko się pesząc odwróciła wzrok i popatrzyła znowu w swoje stopy.
- Spotkałam mojego ojca, kiedy byliśmy w Anglii. - zaczęła mówić, a ja zaskoczony otworzyłem szerzej oczy. - Powiedział, że już nigdy go nie zobaczę. Że nie chce, aby jego córka, widziała kogoś takiego jak on.
- Chciałabyś, żeby było inaczej? - zapytałem z czystej ciekawości.
- Sama nie wiem… - wzruszyła ramionami. - To dosyć dziwne, bo... Nadal go nienawidzę, ale kiedy dowiedziałam się dlaczego to zrobił, w jakimś stopniu moja nienawiść lekko się zmniejszyła.
- Franka i Katelyn też już nie zobaczysz. Dostali chyba najdłuższy wyrok, kiedy kiedykolwiek istniał.
- Za to co zrobili, to na pewno. A inni?
- O kilka lat mniej, ale też nie masz o co się martwić. - zapewniłem ją szybko.
- Tęskniłam za Tobą. - zatrzymała się na środku ulicy i w końcu podniosła na mnie wzrok. I chociaż było już bardzo ciemno, to jednak moja wyobraźnia, jak i pamięć, dokładnie rozrysowały te zielone oczy, w których skrywa się cała tajemnica. - I chociaż ta tęsknota była często męcząca, to i tak nie chciałam znów wchodzić Ci w życie. Nie wiedziałam, czy może kogoś masz, a może z kimś się spotykasz. Nie robiłam niepotrzebnych nadziei, a już w szczególności sobie.
- Nikogo w moim życiu nie było. - zapewniłem ją szybko. - Bo to Ty zabrałaś moje serce, które w dalszym ciągu należeć będzie tylko do Ciebie.
- Co się z nami stało? - zapytała zrozpaczona.
- Nie wiem, Aniu. Ja na prawdę nie wiem… - pokręciłem ze zrezygnowania głową, czując piekące łzy pod powiekami. I co z tego, że mam już te dwadzieścia lat! Faceci też płaczą i nie wstydzę się tego!
- Tak bardzo bym chciała, żeby to wszystko wróciło, ale… - urwała w połowie zdania, spuszczając wzrok w dół. - Boję się… - szepnęła tak, że ledwo mogłem ją usłyszeć. - Boję się, że znowu Cię zranię. A tego bym nie wytrzymała.
- Zacznijmy od nowa. - powiedziałem stanowczo i odsunąłem się kilka kroków dalej.
- Co takiego? - zapytała rozbawiona. Stanąłem naprzeciwko niej w odpowiedniej odległości i wyciągnąłem swoją rękę w jej stronę.
- Kendall Schmidt. Dla przyjaciół Kend.
Popatrzyła się na mnie niepewnym wzrokiem i po chwili wyciągnęła też swoją dłoń i lekko uścisnęła ją z moją.
- Anna Smith. Dla przyjaciół Ania.
- Więc, Aniu... Masz ochotę może na krótki spacer? Obiecuję doskonałe towarzystwo i ani minuty nudy. - uśmiechnąłem się w jej stronę, mając nadzieję, ze tym razem wszystko pójdzie tak jak powinno.








~~~~
Joshua Radin - My My Love







____

To ostatnia środaaaa! Dzisiaj się rozstaniemyyyy! Dzisiaj się rozejdziemyyyy! Na wieczny czaaaaas...


Przepraszam, ale inaczej nie umiałam zacząć tej notki. xd
Jak wszyscy widzą - rozdział 60, czyli już ostatni w opowiadaniu Parallel. Tak jak już to wspominałam przy poprzednim, nie jest taki jak chciałam, a wręcz jest bardzo zły i nigdy sobie tego nie wybaczę, że tak słabo napisałam ostatni rozdział.


Nie będę się rozpisywać, bo to zostawię w notce, którą dodam po Epilogu. Swoją drogą, to właśnie kilka godzin temu skończyłam go pisać i... No może nie jest wzruszający, ani nic z tych rzeczy, ale ja tak czy siak płakałam, no bo jednak jest to ostatni wpis do tego opowiadania.
Moje długie podziękowania również zamieszczę dopiero za tydzień, kiedy to oficjalnie zakończę PARALLEL.



A więc, widzimy się ostatni raz za tydzień!