niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 25 "To wszystko się zmieniło..."

Do you know where the end is
Do you think you can see it?
Well, until you get there
Go on, go ahead and scream it
~~~~~~~~

Mijały dni. Za nimi tygodnie, a nim się odwróciłam był ostatni dzień listopada. Te niecałe 2 miesiące minęło mi przez palce, niczym powietrze, którego nie można zobaczyć. To niewiarygodne, jak każdy miniony dzień przychodził mi z taką łatwością i co raz szerszym uśmiechem na twarzy. Chodź nie zawsze można było wszystko przywitać z podniesionymi kącikami ust do góry. Na przykład pogrzeb Jen, na który przyszła prawie cała szkoła. Albo kolejne gwałty, które nie obyły się bez mojej uwagi. W ciągu października, zliczono 13 ofiar, a w listopadzie 9... Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że policja do tej pory nie złapała tego, kto krzywdzi te biedne dziewczyny.
Za każdym razem, kiedy pojawiała się informacja o kolejnej ofierze, Jade i Daniel byli co raz bardziej zdenerwowani. Bali się nie tylko o mnie, ale i o Caroline, czy Alice, której nie pozwolili nawet wychodzić z Roky'm na spacery.
Jednak o wszystkim próbuję zapomnieć, kiedy jestem w towarzystwie Carlosa, Logana, Bridgit no i oczywiście Dustina. Co do pierwszej dwójki, całkowicie zaaklimatyzowali się w naszym towarzystwie. Oczywiście w szkole udajemy, że wręcz siebie nienawidzimy, ale nikt tak na prawdę nie wie, co takiego robimy po lekcjach. Dziwne, że jeszcze sam Schmidt nie spostrzegł, że dwójka jego przyjaciół, są również moimi przyjaciółmi.
Niestety nie ominę tematu Kendalla, który od ostatniego wydarzenia, totalnie zmienił do mnie stosunek. Mogłabym szczerze powiedzieć, że jest o wiele gorszy niż na początku roku szkolnego. Oczywiście, że stara się jak może żeby mnie upokorzyć, albo po prostu zrobić ze mnie wielkie pośmiewisko. Przykładem może być lekcja chemii, na której robiliśmy kolejne doświadczenia. I wszystko poszłoby gładko, gdyby nie pozamieniane przez chłopaka probówki, które przestawił mi w trakcie przerwy. Skończyło się na małym wybuchu i odurzającym smrodzie w klasie, przez co musieliśmy szybko opuścić pracownię. Nauczycielka zawiodła się na mnie i mojej wiedzy, ale szybko wybaczyła mi ten błąd. A widząc jak Kendall razem z Jamesem chichrali się po kątach, postanowiłam odpuścić sobie zwalania na nich całą winą i dać im chwilę rozrywki.
I wszystko byłoby piękne, gdyby nie fakt, że na mojej drodze ponownie stanęła Panna Tarver. Nie robiłabym z tego żadnego problemu, gdyby nie fakt, że Kendall i Katelyn są... Razem? Chyba tak można nazwać ich relacje między sobą. Nie raz i nie dwa widziałam, jak Katelyn próbuje zrobić wszystko, aby wzbudzić sensacje wokół niej. A co pomoże jej w zdobyciu reputacji w szkole, jak nie związek z agresywnym i nieobliczalnym, kapitanem szkolnej drużyny football'u Kendallem Schmidtem? Żałosne...
Jeszcze jedno co mnie bardzo dziwi, jest przeszywający mnie wzrok chłopaka. Przy każdej możliwej okazji, niezależnie od tego, czy to będzie w szkole, w klasie na lekcji, albo na ulicy. Zrobiłam mu coś, czy co? A może nadepnęłam mu na odcisk?
Kolejny problem, który z każdym dniem robi się poważniejszy, jest Bridgit... Ona... Ona nie jest sobą. To nie jest ta szalona blondynka, którą spotkałam na korytarzu pierwszego dnia szkoły. To nie jest już pełna optymizmu dziewczyna, uśmiechająca się i robiąca sobie żarty z każdej sytuacji. Jej wygląd, stan fizyczny i chyba psychiczny, zmieniał się stanowczo za szybko. Już nie miała tych lekko zaokrąglonych bioder, a wręcz wystawały jej kości miednicy. Oddychała co raz ciężej, a nieustające napady kaszlu kończyły się skrzepami krwi. Wielokrotnie namawialiśmy ją, aby poszła do lekarza, ale ona uparcie odmawiała. Boję się o nią. I to bardzo... Boję się, że to będzie kolejna osoba, którą mogę stracić, przedtem pokochać ją całym sercem.
A na sam koniec zostawiłam sobie mojego Anioła Stróża z czarnymi skrzydłami. Mój stosunek... Albo raczej NASZ stosunek do siebie zmieniał się z godziny na godzinę. Ufałam mu bezgranicznie i wiedziałam, że mnie nie zostawi, a co najgorsze, skrzywdzi... Zadziwiający był fakt, że tylko jego mogłam przytulić. Tylko do niego mogłam się na tyle zbliżyć, że towarzyszący mi strach, który może i się zmniejszał z każdym dniem, znikał. I nie wracał dopóki Dustin ode mnie nie odejdzie.
Najgorsze było to, że nie mogłam obdarzyć takim samym uczuciem Jade, czy Daniela co Dustina. Jest to dla mnie dosyć uciążliwe, gdyż próby jakie podejmuję, aby chodź przez chwilę zatopić się w ramionach kobiety, okazują się nieudane. To samo dzieje się przy Caroline, czy Alice. To jak wewnętrzny mur, który nie przepuści przez siebie nikogo. Oprócz Dustina oczywiście...
Prawdopodobieństwo, co do mojego zachowania może być takie, iż przy styczności z ciałem Dustina, czuję Ją. I to od ostatniego spotkania w moim pokoju, kiedy po raz pierwszy odważyłam się podjeść do chłopaka na tyle blisko. Od tamtej pory mama, nie pojawia się ani jako zjawa, czy jako główna bohaterka w moich snach. Czuję ją poprzez uśmiechniętego i utalentowanego chłopaka, któremu chyba bardzo się podoba, kiedy sama do niego podchodzę i obejmuję w pasie.
Wielokrotnie byliśmy spiorunowani wzrokiem, kiedy pokazywaliśmy naszą silną więź na środku korytarza w szkole. A w szczególności przez samego Pana Schmidta, o którym postanowiłam sobie, że nie będę myśleć. I jak na razie jest to pierwsze moje postanowienie, które nie ignoruję!
Ciekawa jestem, czy ktoś jeszcze pamięta mojego stanowczego NIE, kiedy Dustin proponował mi powrót do tańca. Cóż... Moja stanowczość jednak poszła sobie do lasu, a ja właśnie stoję w sklepie z odzieżą dla tancerzy i wybieram z Dustinem wygodne buty. W końcu przegrałam zakład i stety, czy niestety nowy sezon serialu "Powrót dawnej Ani" rozpoczyna się treningami przygotowującymi do zimowych zawodów tanecznych.
- Te są fajne! - krzyknęłam widząc fioletowe buty firmy Reebok.
- No mogą być... - odparł chłopak drapiąc się po włosach. - Ale ja bym się upierał przy tamtych czarnych.
- Nie będę mieć takich samych jak Ty. - oburzyłam się i wzięłam odpowiednie pudełko z moim rozmiarem i od razu założyłam but na lewą nogę. - I jak?
- Czarne lepsze.
- Biorę te. - powiedziałam stanowczo krzyżując ręce na piersiach.
- Ale czarne będą Ci do wszystkiego pasować! - krzyknął niezadowolony, a ja wywróciłam oczami.
- Ale ja wolę fioletowe! - również krzyknęłam i zmarszczyłam brwi.
- To może takie? - zapytała się ekspedientka wyciągając w moją stronę kolejne pudełko z butami Nike Vandal typu low
- Też mogą być. - odezwał się chłopak zabierając pudełko. - Przymierz je. - zarządził stanowczo a ja po raz kolejny wywróciłam oczami.
- Następnym razem na zakupy idę z Shanną. - mruknęłam pod nosem, a Dustin głośno westchnął.
- Tylko, że moja siostra wie tyle o butach do tańczenia, ile Ty o gotowaniu churro. - powiedział oburzony.
- Co to jest churro? - zapytałam zbita z tropu.
- No widzisz! - zaśmiał się pod nosem. - To taki tłusty wypiek hiszpański w formie długiego prętu. Kiedyś pokarzę Ci, jak się to robi.
A co obuwie ma wspólnego z kuchnią hiszpańską? Idealne połączenie Dustin, to muszę Ci przyznać...
- No też w sumie mogą być... - przyznałam oglądając swoje stopy. - I są fioletowe...
- I czarne... - wtrącił się z uśmiechem.
- Oraz zielone. - dodała jeszcze młoda dziewczyna w żółtej koszulce z logiem sklepu DanceShop.
- Bierzmy te. - powiedział w jej stronę Dustin, a ja wywróciłam oczami. - Dobra, spodnie i buty mamy. Została nam jeszcze góra.
- Czyli? - zapytałam marszcząc brwi.
- Topy, bluzy, t-shirty. - wymieniał na palcach, a mi zaczynało robić się niedobrze od tego wszystkiego. Zdecydowanie wolę chodzić po zwykłych sklepach odzieżowych niż robić zakupy tylko o jednej tematyce.
Podałam pudełko ekspedientce, która zaniosła je do kasy i ponownie pojawiła się przy naszym boku. Od samego początku, odkąd weszliśmy do tego sklepu ta rudowłosa dziewczyna pomaga nam w robieniu moich zakupów.
- Może na początek topy. - zaproponowała dziewczyna i podeszliśmy do wieszaków. - Te są bardzo popularne wśród tancerzy. Wyprodukowane są ze 100% bawełny i są bardzo trwałe.
- Aniu powinnaś je przymierzyć. - powiedział stanowczo Dustin, a ja prychnęłam pod nosem
- Wolę zostać przy luźnych bluzkach... - odparłam siadając na białej kanapie.
- Do nich zaraz przejdziemy, ale najpierw to. - znowu jego stanowczy głos. Szczerze mówiąc, Dustin zaczyna mi działać na nerwy. - Podnieś ten swój tyłek i zaprowadź go do przymierzalni. Nie mam zamiaru spędzić tutaj całego dnia.
- Już i tak zbyt długo tu siedzimy... - mruknęłam pod nosem, no ca tamten wzruszył ramionami.
- Gdybyś chodź trochę ze mną współpracowała, wszystko byłoby o wiele szybsze i prostsze. - mrugnął do mnie okiem, a ja głośno westchnęłam.
- Jaki rozmiar? - zapytała się dziewczyna stojąc nadal przy wieszaku.
- Wydaje mi się, że M będzie najlepszy. - znowu się wtrącił chłopak.
Ciekawa jestem, czy będziemy kupować jeszcze bieliznę dla tancerzy, a jeśli tak, to czy Dustin również będzie się wtrącał co do mojego rozmiaru, który powinien być dla mnie odpowiedni.
Wzięłam do ręki podany przez dziewczynę top i udałam się do przymierzalni. Przez chwilę stałam przed lustrem i przyglądałam się swojemu odbiciu. Czym sobie zasłużyłam na tak nienaganną sylwetkę? Na takie idealne podobieństwo do Katherine Cross? I... Na te zielone identyczne oczy po Nim...
Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy po prostu nie wyjść z przymierzalni nawet nie ubierając tego zbyt krótkiego topu i powiedzieć, że niekomfortowo się w nim czuję. Nie mam ochoty na siebie patrzeć, z odkrytym praktycznie brzuchem, a co najgorsze odkrytymi ramionami. Zagryzłam wargę i głośno wypuściłam powietrze nosem.
W końcu zdobyłam się na odwagę i ściągnęłam moją bluzę oraz koszulkę. Zostając w samym biustonoszu ponownie przypatrywałam się swojej sylwetce. Na mój dosyć ciemny brzuch i jasne plamki wokół pępka i bioder. Na słabo widoczne białe kreski na wysokości wątroby. Odwracam się tyłem do lustra i spoglądam na moje plecy, które również są pokryte białymi kreskami. I ta nienawidzona przeze mnie blizna w kształcie rogala na lewej łopatce. Zamykam oczy z bólu, kiedy przypominam sobie, dlaczego wręcz śnieżnobiały ślad znajduje się na plecach.
- Aniu? Wszystko w porządku? - słyszę zdenerwowany głos Dustina po drugiej stronie drzwi, a ja nieruchomieję ze strachu. - Mam wejść?
- Nie, nie! - krzyczę szybko. - Wszystko jest dobrze!
On nie może mnie zobaczyć! Nie w takim stanie!
- Na pewno? - ponownie pyta, a ja zaciskam oczy i wargę.
- Tak. - odpowiadam po chwili.
Nikt nie może mnie zobaczyć... Nie może zobaczyć moich blizn... Nikt...
Głośno wciągam powietrze i zakładam na siebie szary top i szybko obejrzałam się w lustrze. Idealnie dopasował się do mojego ciała i był bardzo wygodny. Znowu muszę przyznać Dustinowi rację co do ubioru.
- I jak? - zapytał się chłopak, kiedy wyszłam z przymierzalni.
- Bardzo fajny. I wygodny. - powiedziałam kiwając głową. - Wezmę może od razu kilka w różnych kolorach.
- Fioletowy? - zapytał unosząc brew, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
- Tak. I czarny specjalnie dla Ciebie. - powiedziałam i oddałam szary top ekspedientce.
- To jaki jeszcze kolor? - zapytała dziewczyna.
- Szary, fioletowy, czarny i może niebieski. - wymienił Dustin, a ja usiadłam na kanapie.
Kolejne rzeczy znalazły się przy kasie, my znowu zaczęliśmy przechadzkę po sklepie, a ja w między czasie do przymierzalni. Mogę stanowczo przyznać, że jeszcze nigdy nie kupiłam tyle ciuchów na raz ile dzisiaj. W moich reklamówkach znalazły się buty, 3 pary spodni dresowych, w których zakochałam się od razu kiedy je przymierzyłam, 2 pary legginsów długich jak i krótkich, 4 topy, 5 luźnych bluzek, 2 bluzy oraz duża torba treningowa i szare getry. No i w końcu dorobiłam się własnej czapki, z której Dustin akurat nie jest najbardziej zadowolony. Cóż, tak samo ja nie jestem zadowolona z tych wszystkich ciuchów, które znalazły się już w moim posiadaniu.
Jestem ciekawa co na to Jade i Daniel, kiedy dowiedzą się ile pieniędzy z mojego konta poszło na ubrania, w których będę ćwiczyć...
- Kawa? - zapytał się chłopak obejmując moje ramię, kiedy wychodziliśmy ze sklepu.
- I ciasto. - dodałam głośno wzdychając na co chłopak cicho zachichotał.
Wolnym krokiem dałam się prowadzić Dustinowi, który jako jedyny z naszego towarzystwa znał na pamięć galerię handlową Ace Gallery.
Świąteczne prezenty, czerwone Mikołaje i śmieszne reniferki ozdabiały praktycznie każde wejście do sklepu, przypominając o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Jestem tylko ciekawa jak w tym roku spędzimy święta...
- Dwie kawy z mlekiem i cukrem poprosimy. - powiedział od razu Dustin, kiedy usiedliśmy do stoliczka i podszedł do nas młody mężczyzna w kawiarni LA Cafe.
- Coś do tego? - zapytał zapisując na karteczce nasze zamówienie.


- Choco-Cheesecake. - powiedzieliśmy razem, na co kelner spojrzał się na nas z nie małym zdziwieniem, a ja nie mogłam powstrzymać cichego chichotu.
- Już podaję… - mruknął pod nosem, a kiedy odszedł kilka metrów od nas, od razu wybuchliśmy głośnym śmiechem, przez co zwróciliśmy na siebie uwagę innych klientów.
- Przestań się już śmiać… - szepnął chłopak, co tylko pobudziło mnie do dalszego rechotania. - Zadowolona z dzisiejszych zakupów? - zapytał po chwili, a ja od razu się uspokoiłam.
- Tak, a w szczególności z tych wszystkich rzeczy które kazałeś mi kupić...
- Czyli ze wszystkiego? - zapytał unosząc brew, a ja pokręciłam głową.
- Czapka jest moja. - powiedziałam stanowczo i oparłam się o kanapę, a Dustin zrobił to samo.
- Która w ogóle nie jest Ci potrzebna… - odparł z przekąsem i objął mnie ramieniem.
- Ty też masz czapkę!
- Skończmy tą dyskusję. Nie mam ochoty kłócić się na temat nakrycia głowy… - głośno westchnął i przyciągnął mnie do siebie. Mocniej zacisnął rękę na moim ramieniu, na co się delikatnie uśmiechnęłam.
- Z czego się tak cieszysz? - zapytał zdziwiony.
- Tak po prostu… - szepnęłam wzruszając ramionami.
Do naszego stoliczka przyszedł kelner z dwoma filiżankami kawy i talerzykami z upragnionym ciastem. Upiłam łyk gorącej cieczy i wzięłam się za delektowanie przysmaku, który wyglądał aż za bardzo apetycznie.
- Nie wiedziałem, że jesteś zwolenniczką tego typu deserów. - odezwał się chłopak, kiedy pierwsza połowa ciasta zniknęła z mojego talerzyka.
- Dużo jeszcze o mnie nie wiesz. - odgryzłam się pokazując mu język, na co on parsknął śmiechem.
- Nie byłbym tego taki pewien… - szepnął i również zabrał się za swoje ciasto.
- Mama kiedyś je piekła… - powiedziałam po kilku minutach ciszy. - Zanim zachorowała. Od jej śmierci ani razu nie jadłam dobrego sernika.
- Uważam to za wyzwanie. - powiedział z uśmiechem, a ja wywróciłam oczami.
Niebywałe... Kiedyś trudno mi było nawet myśleć, że Katherine nie żyje, a teraz? Spokojnie mówię o jej śmierci, jakby nigdy nic się nie stało! Zadziwiam samą siebie...
Albo po prostu to Dustin tak na mnie wpływa, że wszystko witam już z szerokim uśmiechem i nie martwię się na zapas jak wcześniej. Jego optymistyczna, jak i realistyczna osobowość rozsiewa swoje poglądy na wszystkie strony i nie da się tego przeoczyć.
Przypomniałam sobie, jak zdenerwowałam się na chłopaka kiedy przegrałam z nim zakład w Playroom Under The Stars. Byłam nie tylko zła, ale i zdesperowana. Nie chciałam wtedy w ogóle myśleć o tym, że będę musiała znowu stanąć na sali treningowej. A dzisiaj? To wszystko się zmieniło... Nie mogę wręcz się doczekać, kiedy wejdę i znowu będę mogła zatańczyć coś, co zaśmieca mi głowę od kilku godzin.
- Niedługo będzie Bal Zimowy w szkole. - znowu się odezwał, a jego ton był na tyle poważny, że zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jest przypadkiem groźba, albo coś w tym stylu.
- I co w związku z tym? - zapytałam upijając kolejny łyk kawy.
- Wybierasz się na niego? - zapytał cicho nadal nie patrząc się na mnie.
- Nie zamierzałam… - mruknęłam pod nosem.
- Czemu? - zapytał zdziwiony i w końcu się odwrócił w moją stronę. Czyżby moja odpowiedź nie co go zdziwiła?
- Nie chcę i już.
Nie powiem mu przecież, że moje ciało jest pokryte licznymi bliznami, które nie da się w ogóle zamaskować, a co najgorsze... Zapomnieć.
- Szkoda... Miałem nadzieję, że... Że Ty i... Ja… - zaczął się potwornie jąkać, a mnie wręcz ukuło serce widząc zmieszanego chłopaka.
Jak zawsze musiałam coś zepsuć... Ehh, co robić?
- Dustin… - zaczęłam cicho i wzięłam go za rękę. - Nie powiem Ci, że nie umiem tańczyć, bo i tak mi nie uwierzysz. Nie powiem Ci, że nie lubię tego typu imprez, bo wiesz, że na żadnej z nich jeszcze nie byłam...
- Więc dlaczego nie chcesz? - zapytał przerywając mi.
To będzie o wiele trudniejsze niż mi się wydawało...
- Kawiarnia to nie jest dobre miejsce na rozmowę o takich rzeczach… - mruknęłam pod nosem i spuściłam głowę w dół.
- Och... Przepraszam… - szepnął chłopak i objął mnie ramieniem. - Nie chciałem… - urwał kręcąc głową.
- Dustin, nic nie szkodzi. - powiedziałam szybko zaciskając jego drugą rękę.
- Zmieńmy może temat. Jak spędzasz święta? - zapytał od razu, a ja lekko się uśmiechnęłam i w końcu podniosłam na niego wzrok.
Za to go lubię. Jest dobrym słuchaczem, wie co i kiedy mi potrzeba. Rozumie mnie bez zbędnych słów, a często mam wrażenie, że czyta mi w myślach! Nie mam pojęcia, czym sobie zasłużyłam na takiego przyjaciela. Oczywiście ma kilka swoich wad, ale nie mam zamiaru marudzić. Dustin jest idealny. Taki, jaki powinien być.
- Szczerze mówiąc to jeszcze nie wiem.
I jest mój.


~*~


Zimno rozchodzące się po moich kościach, odzwierciedlało się na szybkim oddechu i już doszczętnie zmarzniętym nosie. Usta lekko dygotały i założę się, że już są całkowicie fioletowe od mrozu. Zdecydowanie powinienem założyć dzisiaj szalik, jak i nie czapkę. Problem polegał na tym, że ja nienawidziłem ciepło się ubierać. Wolałem luźne ciuchy niż grube sweterki, rękawiczki i tym podobne.


Przetarłem swoje ramiona i w końcu podniosłem się z drewnianej ławki. Nie mam pojęcia, co ja tutaj robię, ani nie mam pojęcia dokąd teraz pójść. Miałem przyjść do Jamesa, gdzie jak zawsze co sobotę odbywają się nasze spotkania w przyjacielskim gronie, ale dzisiaj zdecydowanie nie miałem ochoty przebywać koło Katelyn, która tylko i wyłącznie czeka aby wepchnąć mi język do gardła.
Problem polegał na tym, że praktycznie codziennie chce mi to zrobić. Fuj... Dlaczego ja w ogóle chciałem, żeby została moją dziewczyną?
- Głupie pytanie… - mruknąłem pod nosem i kopnąłem plastikową butelkę kilka metrów przed siebie.
Sam jestem sobie winny, że w ogóle dałem taką propozycję wkurwiającej blondi. Ale miałem tylko jeden cel, aby z nią być.
Chciałem KOMUŚ pokazać, że jednak mam uczucia. I mam nadzieję, że ten KTOŚ w końcu da mi spokój i przestanie zaśmiecać mi umysł, mówiąc, że nie umiem kochać.
Cóż, szczerze mówiąc to prawda. Ale tylko tak mogłem pokazać, że się myli. Chociaż ten jeden, pieprzony raz.
W kieszeni zabrzęczał telefon informując o nowej wiadomości, a ja głośno westchnąłem obawiając się najgorszego. Wiele się nie pomyliłem, widząc nadawcę wiadomości jakim był Frank.
Od dwóch tygodni wysyła do mnie dziennie 5 SMS-ów z tą samą treścią. A ja tylko się modlę, o najłagodniejszy wymiar kary, za nie przyniesienie odpowiedniej ilości pieniędzy. Z resztą... Za w ogóle nie przyniesienie pieniędzy.
Kolejny raz zatrząsłem się z zimna i wyszedłem z parku. Ostatni dzień listopada zdecydowanie nie należał do najprzyjemniejszych. Chłodne powietrze co chwila muskało moją skórę na policzkach, a włosy które już i tak były poczochrane, stały teraz na wszystkie strony świata jak i wszechświata. Czas chyba odwiedzić zakład fryzjerski i nie co podciąć przydługie kosmyki, które bezprawnie zasłaniały mi oczy.
Widząc świątecznie przystrojone już niektóre sklepy, przewróciłem oczami, a dźwięk słynnego "Merry Christmas Everyone!" działał mi na nerwy. Nie mam pojęcia co takiego widzą w tych świętach. Jest to tylko i wyłącznie kicz i nic więcej. Udawanie kogoś, kim tak na prawdę się nie jest, bycie miłym dla nienawidzącej rodziny i dawanie prezentów, które są wręcz zbyteczne.
Mój brzuch, który od samego rana jedynie przywitał się ze skromną kanapką z szynką, zaczął grać swój popisowy numer domagając się przy tym jedzenia. W sumie nie dziwię się, skoro już było parę minut po czwartej, a na co dzień, byłem już po gorącym obiedzie. Jednak dzisiaj nie miałem ochoty ani chęci wracać do domu, w którym jest ojciec. Na moje nieszczęście wziął sobie dzisiaj wolne i postanowił spędzić czas w rodzinnym gronie, do którego ja nie należę.
Dzwoneczek wiszący nad drzwiami powiadomił nowego klienta piekarni, której zapachy od razu przywitały się z zamarzniętym nosem. Dwie starsze panie stały w kolejce do kasy, ucinając sobie przy tym pogawędkę z ekspedientką. Wziąłem jedną papierową torebkę i włożyłem do niej dwie drożdżówki z serem, a drugą z jabłkiem.
- Jak ten czas szybko leci. Niedawno były jeszcze potworne upały, a teraz niedowytrzymania mrozy. - westchnęła kobieta w czerwonym berecie i tego samego koloru płaszcza. - A to dopiero początek.
- Podobno w poniedziałek ma zacząć padać śnieg. - odparła druga stojąc za nią.
Śnieg? W poniedziałek?
No to jesteś już martwy Schmidt...





~~~~
OneRepublic- Say




____
Wiem, że spodziewaliście się wielkiej rewelacji, a ja tu wyjeżdżam z takim czymś i wcale się nie zdziwię jeśli Was w tym momencie zawiodłam. Ale mogę obiecać, że od tego rozdziału wszystko, ale to WSZYSTKO potoczy się do przodu ;> Wystarczy czekać na nowe wpisy, a obiecuję, że Was nie zawiodę ;)



Okej, to raczej wszystko. Widzimy się za tydzień ;)


Ach! No i jeszcze jedno!
Pamiętacie, co miał zrobić Schmidt kiedy spadnie pierwszy śnieg? ;3
Czekam na odpowiedzi C:

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 24 "Ufam Ci. Nie spieprz tego."

I'm hiding from myself
I'm so scared to be on the edge
~~~~~~~~

Kiedy byłem dzieckiem mówiłem, że zostanę policjantem. Potem chciałem być lekarzem albo prawnikiem, a nie dawno mówiłem, że chcę zostać dobrym piłkarzem. Jeżeli miałbym dzisiaj powiedzieć, kim chcę być w przyszłości, odpowiedziałbym: szczęśliwym człowiekiem.
Ale jest to jedno z tych marzeń, które zostają schowane na samym końcu głowy, gdzie nikt nie ma prawa wejść. Jest to marzenie, które nie ma prawa się spełnić. Bo szczerze mówiąc, to nie chcę żeby się spełniło... Myśl, że chodź przez chwilę mógłbym się uśmiechać bez powodu, jest zbyt przerażająca, żeby mogła być prawdziwa.
Wychodząc ze szkoły, ogarnęło mnie dziwne uczucie. Jakby wewnętrzna pustka, w końcu dała o sobie znać, a samotność, która z każdym dniem napierała na siłę, wymierzyła mi mocny cios w lewy policzek. W sumie, należy mi się. Nie miałem jeszcze okazji spotkać takiego gnojka, jakim jestem ja.
Bez zbędnych wyjaśnień, opuściłem teren University of California, gdzie stali moi przyjaciele, nie rozumiejąc mojego zachowania. Szczerze mówiąc, to ja sam nie wiedziałem co robię... To dziwne, jak kilka za dużo wypowiedzianych słów, może doprowadzić do omdlenia, a nawet i strachu. W mojej głowie co chwila pojawiał się obraz drżącej dziewczyny i tych zielonych tęczówek, wypełnione dużą ilością słonej wody. To, co miało miejsce kilka godzin temu, było zagadką nie tylko dla mnie, ale też i dla reszty chłopaków. Carlos i Logan wydawali się być bardzo przejęci tą sprawą, a James chciał jak najmniej o tym myśleć. Też bym tak chciał...
Wyjeżdżając na ulice, zastanawiałem się przez chwilę, gdzie mam jechać. Dom? Nieee... Nie mam ochoty na kolejne rozmowy z mamą. Park? Odpada, zdecydowanie jest za zimno. Cmentarz? Byłem rano...
Przez chwilę, pomyślałem o odwiedzinach Ani. Ale tak szybko jak ten pomysł zawitał w mojej głowie, tak samo szybko wyrzuciłem go do kosza na śmieci z podpisem "ZAKAZANE". Z resztą, pewnie Dustin do niej pojedzie... Ugh, nienawidzę tak samo jego, jak ją. Obydwoje są siebie warci...
Mój samochód skręcił w jedną z tych mało widocznych uliczek w środku lasu, a ja zacząłem się zastanawiać, ile czasu minęło od kiedy tutaj byłem. Wszystko wydaje się być takie same. Gałęzie starych drzew delikatnie kołysały się pod wpływem jesiennego wiatru, a czerwone i żółte liście, które co chwila spadały na przednią szybę samochodu, tworzyły przede mną kolorowy dywan. Zatrzymałem samochód pod starą sosną, gdzie już dalej nie było drogi. Ślepa uliczka, ktoś mógłby powiedzieć, ale wcale tak nie jest jakby mu się wydawało.


Wyszedłem z samochodu z głośnym trzaskiem, zapiąłem pod szyją moją kurtkę i schowałem ręce do kieszeni. Spojrzałem jeszcze za siebie, aby upewnić się, czy aby na pewno jestem sam. Mógłbym sobie strzelić do głowy, zdając sobie sprawę, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczałby się w takie okolice. A w szczególności teraz, kiedy jeszcze nie znaleziono tego seryjnego gwałciciela.
Od razu po plecach przeszły mi dreszcze i w końcu zapuściłem się w głąb ciemnego lasu. Pod nogami zawieruszył się mały kamyczek, który z każdym krokiem kopałem go na kilka metrów. Pociągnąłem nosem i spojrzałem przed siebie, gdzie już można było zobaczyć zarysy opuszczonych budynków. Po chwili znalazłem się na opustoszałym placu, z przypaloną trawą w niektórych miejscach.
To miejsce nadal jest takie, jakie je zapamiętałem. Duże, zżółknięte okna, w których można było zauważyć pęknięcia. Zardzewiałe blachy służyły jako spadzisty dach, a trzy wysokie kominy, unosiły się nadal nad całą okazałością budynku.
Jednym, mocnym pchnięciem otworzyłem drzwi, które odbiły się z hukiem od wewnętrznej ściany. Smród jaki doszedł do moich nozdrzy niczym się nie różnił od tego, sprzed 2 lat. Jestem tylko ciekaw, czy ktoś tu w ogóle zaglądał, po tym co się wydarzyło...
Dźwięk kopanego przeze mnie gruzu rozchodził się echem po całej ogromnej hali, gdzie zazwyczaj było tu około 10 osób. Dzisiaj to miejsce jest puste, jakby nie odwiedzane przez kilkanaście lat. Jednak na ziemi można było znaleźć puste strzykawki, opaski uciskowe, stare koce, jak i materace, puste pudełka morfiny i innych leków. I pomyśleć, że wśród tych wszystkich ćpunów, którzy przychodzili tu praktycznie codziennie, byłem też ja. Zagubiony nastolatek, który marudził, że czegoś mu brakuje. Prychnąłem pod nosem z niesmakiem. Z chęcią chciałbym być z powrotem tamtym nastolatkiem, któremu "czegoś brakuje".
Rozejrzałem się jeszcze po pomieszczeniu i zamknąłem moje oczy.


- Kasa Schmidt!


Jego głos, był na tyle wyraźny w mojej głowie, iż zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno jestem tutaj sam.


- Nie mam.
- Wiem, że kurwa nie masz!


Pierwszy strzał, a ja mocniej zacisnąłem oczy, przypominając sobie co będzie później.


- Przyniosę! Obiecuję!
- Mówisz mi to już od 2 miesięcy!


Kolejne strzały, a ja nie mogłem powstrzymać łez. Mimowolnie zakryłem uszy swoimi dłońmi, aby nie słyszeć następnych partii pocisków z pistoletu Franka. Robiłem dokładnie to samo, co wydarzyło się 2 lata temu...


- Wiesz jak łatwo mnie zdenerwować, a Ty jeszcze to perfidnie wykorzystujesz!


I następny huk.
Frank, błagam Cię.
Przestań strzelać!
To nie skończy się dobrze...


- Ufałem Ci Schmidt! Byłeś jedynym kumplem z pośród tych idiotów!


I znowu.
Frank, odłóż ten pistolet.
Proszę Cię!


- Daj mi jeszcze trochę czasu...
- Dałem Ci go zbyt wiele!


Tym razem strzały nie ustępowały, a ja przestraszony kucnąłem, aby przypadkiem nie dostać. Siebie uchroniłem. Ale skąd mogłem wiedzieć, że oprócz nas, ktoś jeszcze znajduje się w starym magazynie?


- Kendall...


Jego głos. Ten smutny i cichy głos.
Odwróciłem się za siebie i widząc dwie ściany pokryte czerwonymi plamami rozpłakałem się na dobre.


- Kevin!


Wszystko było we krwi.
Ściany, podłoga, jego ubrania.
I on sam...


- Kendall...


Kolejne jęknięcie z jego ust, wywołało nową dawkę łez. Opadłem na kolana i zacząłem szlochać, jak małe dziecko. Jak On, kiedy się bał. Jak mama, kiedy dowiedziała się prawdy. Jak ja, każdego dnia i każdej nocy.
To wszystko było zbyt tragiczne, żeby mogło być prawdziwe. To była jak scena z dobrego kryminału, którą przeżyłem na własnej skórze. A On... On w niej zginął. Jako bohater drugoplanowy, który pojawił się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiedniej porze.
- Kevin... - jęknąłem głośno i oparłem moje czoło o podłogę.
To dla mnie zbyt wiele... On odszedł. I nie wróci...


~*~


On wrócił. Znowu. Jest tu ze mną. Siedzi koło mnie! Ale ja go nie chcę... Proszę idź sobie. Nie chcę Cię tu! Dlaczego przyszedłeś? Było dobrze jak Ciebie nie było. Teraz znowu tu jesteś. Tak samo jak wcześniej. Ale ja nie chcę, żeby było tak samo jak wcześniej! Nie rozumiesz tego?! Odejdź ode mnie! Nienawidzę Cię! Błagam, zostaw mnie!
- Przepraszam kochanie... - Jej głos. To na pewno jest Jej głos.
Podniosłam szybko głowę i mrugnęłam kilka razy powiekami. Nie myliłam się. Ona tam stała i uśmiechała się, jak gdyby nigdy nic. Dlaczego się uśmiechasz? Dlaczego wtedy, kiedy ja cierpię?
- Zabierz Go ode mnie... - szepnęłam z rozpaczy.
Wszystko było wręcz identyczne jak rok temu. Ja byłam na skraju wyczerpania, a Ona cały czas się uśmiechała. I chociaż tak bardzo za Nią tęsknię, to jednak wolę jak Jej nie ma. Tak samo jak Jego. Bo kiedy Jej nie było, to i On dał mi spokój.
- Nie uciekniesz od Niego... - szepnęła kobieta.
- Dlaczego nie może mnie zostawić? - kolejne pytanie wypadło z moich ust, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się odpowiedzi. - Dlaczego Ty go ode mnie nie zabierzesz?
- Bo musisz sama się z Nim zmierzyć. Czas najwyższy w końcu Go pokonać, nie uważasz? - zapytała krzyżując ręce na piersiach. - Powiedz mi, ile lat z nim żyłaś?
To dosyć głupie pytanie. Powinna to przecież sama wiedzieć...
- 7 lat... - odpowiedziałam skruszona.
- To ponad połowa Twojego życia.
- Wiem...
Nie mogę przecież nic z tym zrobić. On sam przyszedł do mnie. Nawet nie zapukał, ani nic! Przyszedł do mnie i nie chce wyjść, nawet jeśli Go błagałam na kolanach.
- Powinnaś w końcu przestać o nim myśleć. Wrócić do dawnej siebie.
- Nie mam już dla kogo... - wzruszyłam ramionami, jakby to była rzecz oczywista
- Masz. - powiedziała stanowczo, a ja popatrzyłam na nią pytającym wzrokiem.
- Dla kogo?
- Ktoś idzie. - szepnęła i odwróciła się w stronę drzwi, a ja zrobiłam to samo.
Usłyszałam delikatne pukanie, a kiedy powiedziałam ciche "proszę" powłoka delikatnie się otworzyła, a w progu stanął Dustin.
- Hej. - przywitał się cicho i lekko się uśmiechnął. Zamknął za sobą drzwi i usiadł koło mnie na łóżku.
- Dla niego. - odezwała się znowu kobieta. Co takiego? O czym ona mówi?
- Jak się czujesz? - zapytał się cicho chłopak, a ja nadal patrzyłam przed siebie.
- Odezwij się do niego. - brunetka wywróciła oczami. - Martwi się o Ciebie.
- Głowa mnie boli... - przymrużyłam oczy i odwróciłam się w jego stronę.
- A serce? - zapytała się Katherine, a ja spiorunowałam ją wzrokiem. O ile można spiorunować wzrokiem kogoś, kto jest zwykłą zjawą, albo wytworem mojej wyobraźni.
- Martwiłem się o Ciebie... - znowu szepnął, a ja zacisnęłam usta. - Możesz mi powiedzieć, o czym wtedy śniłaś?
Co takiego? Pyta się o mój sen? Ale który?
- Powiedz mu. - znowu się odezwała i stanęła tyłem do mnie oglądając wstawione zdjęcia w ramki. - Jemu możesz zaufać. On nic Ci nie zrobi.
- Dlaczego nie pozwoliłaś, aby Kendall odszedł? - kolejne pytanie z jego ust, otrzeźwiło mój umysł i zrozumiałam o co mu chodzi.
- No mów! - krzyknęła kobieta. - Powiedz mu, jak mnie spotkałaś...
- Śniła mi się mama. - powiedziałam szeptem ze spuszczoną głową.
- Dalej! Chłopak się niecierpliwi! - jej noga tupała nieokreślony rytm, a wydęte usta znacznie odejmowało tej kobiecie lat.
- Rozmawiałam z nią. - dodałam. - A kiedy chciała odejść złapałam ją za rękę i prosiłam, aby nigdzie nie szła... - głośno westchnęłam i w końcu podniosłam wzrok na Dustina. - A kiedy się obudziłam, trzymałam rękę Kendalla. I nie wiem czemu, ale za każdym razem kiedy jego dotykałam, czułam się bezpieczniejsza. Bo czułam ją...
- To dlatego... - mruknął kręcąc głową. - A czy teraz, jesteś w stanie mnie dotknąć?
Jestem? Nie wiem...
- Jesteś. Ale za bardzo się boisz. Jak zwykle z resztą... - wtrąciła się kobieta, a ja pomału miałam jej serdecznie dosyć. - Aniu, on chce Ci pomóc. I mogę Cię zapewnić, że jest jedną z nielicznych osób, którą możesz teraz spokojnie objąć.
Co? Nie! Nie! Za wcześnie! Stanowczo za wcześnie!
- Jeżeli będzie tak cały czas mówić, to na pewno nigdy nie odważysz się zrobić kolejnego kroku... - mama wzruszyła ramionami i zaczęła nucić pod nosem jakąś melodię.
Spojrzałam na chłopaka, a potem na jego leżącą na materacu dłoń. Zagryzłam wargę i wolnymi ruchami przybliżałam swoją dłoń. W końcu nasze palce poczuły to znajome ciepło, a ja głośno wypuściłam powietrze.
Udało mi się! Na prawdę mi się udało!
- Okej? - zapytał cicho chłopak, a ja ochoczo pokiwałam głową.
- Połóż się obok mnie... - szepnęłam i zrobiłam miejsce na swoim łóżku.
Poczułam jak materac ugina się pod ciężarem chłopaka, a ja sama odwróciłam się na lewy bok, żebym mogła go lepiej widzieć. Delikatny uśmiech i błyszczące oczy. Cholernie znajomo błyszczące oczy...
- Brawo dla Ciebie! - usłyszałam jej głos i miałam ochotę wywrócić oczami. - A teraz kolejny krok do przodu.
Nie!
- Jeżeli jego o to poprosisz, On zniknie w połowie z Twojej głowy. - zachęcała mnie kobieta. Cóż ta propozycja jest bardzo kusząca.
- Obejmij mnie... - szepnęłam w jego stronę, na co Dustin szeroko otworzył oczy. - Proszę.. - dodałam ciszej.
Dustin lekko się spiął, ale po chwili wyciągnął swoje ramiona i delikatnie otulił je wokół mojego ciała, a ja głośno odetchnęłam. On mnie... On mnie przytulał. Na prawdę mnie przytulał!
- Widzisz? Mówiłam Ci. - jej cichy chichot rozszedł się po moich uszach, a ja uśmiechnęłam się lekko.
- Och Aniu... - szepnął chłopak i mocniej przyciągnął mnie do siebie.
Mam go objąć? Tak samo jak on mnie? A co jeśli On znowu przyjdzie?
Delikatnie wysunęłam swoje ręce i położyłam je na brzuchu chłopaka. Ten zaskoczony moim gestem patrzył się na mnie, lekko przestraszony.
- Co chcesz zrobić? - zapytał szeptem.
- To samo co Ty... - odparłam zmieszana. Chłopak niespodziewanie podniósł się do pozycji siedzącej, a ja zrobiłam to samo.
- Aniu... Na pewno? Nie jest za wcześnie? - zapytał upewniając się.
A skąd mam to wiedzieć?! Chcę tylko spróbować!
- Nie wiem... - wzruszyłam ramionami. - Ale mam dość tego dystansu pomiędzy nami.
Uśmiech chłopaka stał się jeszcze szerszy, a śmiech kobiety-zjawy rozchodził się po pokoju.
- Więc, chodź tu... - powiedział chłopak otwierając swoje ramiona.
Zagryzłam wargę i niepewnymi ruchami zaczęłam przybliżać się do chłopaka. Również wyciągnęłam swoje ręce do przodu i zacisnęłam je dopiero na plecach chłopaka, do którego mocno przywarłam. Poziom temperatury ciała znacznie się podniósł, a kiedy i ręce chłopaka znalazły się na mojej tylnej części ciała, obawiałam się, że termometr mógłby zaraz wybuchnąć.
To... Takie nowe... Takie miłe... I przyjemne...
Uśmiech sam wchodził mi na usta, kiedy Dustin jeszcze mocniej mnie do siebie przyciągał, a ja upajałam się jego zapachem. Swoją głowę schowałam w zagłębieniu jego szyi i położyłam na ramieniu. Zamknęłam oczy i głośno wciągnęłam powietrze.
- Wszystko dobrze? - zapytał się cicho chłopak.
- Nawet aż za bardzo...
- Myślałem, że w końcu się nie doczekam tej chwili...
Zachichotałam pod nosem i odsunęłam się od niego na kilka centymetrów. Położyłam dłonie na jego policzkach i bacznie przyjrzałam się jego twarzy, chcąc jak najwięcej odczytać. Kciukami rysowałam nieznane dla mnie wzory, ale Dustinowi chyba to się podobało. Położył swoje dłonie na moich i lekko je ścisnął.
- To nie możliwe... - szepnęłam cicho. - Jeszcze kilka godzin temu...
- Wiem. - przerwał mi. - Ja też w to nie mogę uwierzyć...
- Ufam Ci. Nie spieprz tego. - nakazałam mu, a z moich oczu zaczęły płynąć łzy, które Dustin starł koniuszkami palców.
- Nie mam zamiaru. Od dzisiaj nie opuszczę Cię ani na krok...
Zagryzłam wargę i ponownie wtuliłam się w jego tors, chcąc jak najszybciej poczuć to niesamowite ciepło i bezpieczeństwo. Już nie czułam Jego obecności. Zniknął o wiele szybciej niż się spodziewałam. Co nawet idzie mi na rękę.
- Nazwijmy może rzeczy po imieniu. - odezwała się znowu kobieta, siedząca na krześle obok biurka, a ja wywróciłam oczami.
Nie wiem czy mogę... A jeżeli powiem to na głos, to czy On nie wróci do mnie z powrotem?
- Nie wróci. Już ja się o to zatroszczę. A raczej Dustin... - szepnęła Katherine, a ja wiem, że ma rację. Dustin nie dopuści Go do mnie. On mnie obroni. Nie pozwoli, abym była już sama.
- Powiedz to. - zarządzała kobieta, a ja mocniej wciągnęłam powietrze.
- Strach... - szepnęłam na tyle cicho, że chłopak tego nie usłyszał, ale na tyle głośno, żeby mama mogła się uśmiechnąć.
- Miło Was znowu widzieć razem. - ponownie jej głos rozchodził się po pokoju i był przeznaczony tylko i wyłącznie dla moich uszu. - I na żywo. A nie na ekranie...






~~~~
Danny - Emely



____


Hej kochani! ;* Jak się macie? Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku, a przynajmniej teraz po przeczytaniu tego rozdziału :)


Mamy długo oczekiwaną scenę z Austinem! Zaskoczeni takiego obrotu akcji? Myślę, że tak ;> Ale spokojnie, nie wszystko przecież musi być piękne i mieć szczęśliwe zakończenie ;p


DZIĘKUJĘ ZA PONAD 50000 WEJŚĆ! To dla mnie ogromny szok! Jesteście niesamowici i kocham Was najbardziej na świecie! :*


A więc z nowym rozdziałem widzimy się za tydzień!

Trzymajcie się ciepło ;*