niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 18 "Zbyt wysoka jak dla niej, zbyt niska jak dla Ciebie."

But as I look around, I see, when I'm thinking never, change me
Well all I gotta do, is stay me
~~~~~~~~


Kolejny dzień zapowiadał się o niebo lepszy od poprzednich. Już nie wstałam z łóżka z grymasem na twarzy i powtarzając typowe "Byle do piątku", ale z uśmiechem na twarzy i myślą "Ciekawe co takiego dzisiaj się wydarzy?". Powoli zaczynam zadziwiać samą siebie, jak z łatwością przychodzi mi uśmiechanie się, a łzy już od dłuższego czasu nie pokazały się w świetle dziennym.
Codzienne czynności, które robiłam każdego dnia, dawały mi większą satysfakcję. A to wszystko spowodowane było tym, że po prostu nie mogłam doczekać się aż pójdę do szkoły. Chociaż dzisiaj miałam dostać moją karę za "Nie opuszczenie basenu na czas i narażenie własnego zdrowia" to i tak uśmiech nie znikał mi z twarzy. I nawet pogoda nie zepsuła mojego humoru, która wręcz była nie do wytrzymania. Matka Natura, po raz kolejny wykręciła w swym Kole Pogody nieprzyjemny deszczyk. Cóż na to poradzić? Wrzesień dobiegał końca, a do drzwi już puka jesienny Październik, a wraz z nim wiele nowych wydarzeń.
Wracając do wczorajszego wieczoru, było... Fajnie? Tak, chyba tak to można określić. Logan okazał się być świetnym chłopakiem, któremu brakuje tylko pewności siebie. Ma przepiękny głos kiedy śpiewa, a do tego jeszcze rewelacyjnie gra na gitarze i jak się później okazało również i pianinie. Musiałam go dosyć długo namawiać, aby został na obiedzie, ale kiedy zobaczył kurczaka przyrządzonego przez Alice, od razu zmieni zdanie. Daniel był bardzo zachwycony osobowością Logana i z tego co udało mi się usłyszeć, podjął już kilka rozmów na jego temat. Przed kolacją przyszedł Dustin, z pudełkiem zrobionych przez jego mamę ciasteczek, jako podziękowanie za pomoc. Oczywiście nie obyło się bez kolejnego zaproszenia na wspólne gotowanie, które z chęcią przyjęłam.

Spotkanie Dustina z Loganem należało do bardzo nerwowych, zważywszy na to, że ani jeden ani drugi nie mieli pojęcia jak się zachować w obecności osoby, z którą nie łączą żadne relacje. Ale nie trwało to zbyt długo. Kiedy siedzieliśmy u mnie w pokoju, szybko znaleźliśmy wspólny język i nie minęło nawet 10 minut, a już chichraliśmy się ze śmiesznych historyjek, jakie przytrafiły się nam w dzieciństwie. Szczerze mówiąc, nigdy bym nie pomyślała, że z kimś, kto należy do paczki Schmidta, będę tak świetnie się dogadywać! Jest zupełnie innym chłopakiem, niż go sobie wyobrażałam. Sam powiedział, że musi udawać kimś kim nie jest, żeby nie stracić reputacji, jaką dostaje za przyjaźnienie się z Schmidtem. Przyznał, że jest on dobrym przyjacielem, ale nienawidzi wrażliwości i lubi jak ktoś jest twardy i odporny na wszytko. A on niestety jest zupełnie innym chłopakiem. To przykre, że będąc w towarzystwie najlepszych przyjaciół, musi udawać kogoś zupełnie innego, niż jest. Zastanawiam się, czy reszta chłopaków, lubi Kendalla za takiego jakiego udaje, czy tego który skrywa się pod grubą skorupą kłamstw.
Fakt faktem jest, że na samym początku również taką osobą byłam. Nie chciałam, aby ktoś mnie poznał i przejrzał na wylot. No ale, jak Ania sobie coś zaplanuje, to nigdy to nie wyjdzie. Mówiłam już, że cieszę się, że poznałam Dustina? Też mi się wydaje, że już kilkanaście razy. Więc niech wszyscy do tych kilkunastu, dodadzą sobie jeszcze jeden raz.
Wchodząc do budynku szkoły nie martwiłam się już o bliskie spotkanie z Katelyn Tarver. Nie obchodziło mnie, co takiego ma w swoich planach, aby mnie upokorzyć. Postanowiłam sobie, że każdy jej podstęp, będę odwracać w żart. Nie opuszczę University of California, jedynie przez jakąś blondynę, która nie umie poradzić sobie z popularnością. Albo już jej brakiem...
- Wcześniej niż zwykle, czy mi się wydaje?
Odwróciłam się za siebie i od razu szeroko się uśmiechnęłam. Trudno nie zgadnąć kto stał przede mną. Z uśmiechem przyklejonym na ustach, potarganymi włosami na wszystkie strony, w rozpiętej, granatowej koszuli w kratkę i ciemnych spodniach stał mój Anioł z czarnymi skrzydłami. Mój. Osobisty.
- Też się cieszę, że Cię widzę. - odpowiedziałam zamykając szafkę.
- Jak Ci minął weekend? - zapytał rozbawiony.
- Nudno, jak zwykle. - wzruszyłam teatralnie ramionami i oparłam się o szafki. - Siedziałam w domu, trochę się pouczyłam. Nic nadzwyczajnego. A Tobie? - zapytałam i zacisnęłam usta, aby powstrzymać się od śmiechu.
- Cóż... Zrobiłem mamie zakupy. Później pomagałem jej w kuchni w gotowaniu. Odwiedziłem kilka miejsc... W sumie też normalnie. - odparł normalnym tonem. Popatrzyliśmy przez chwilę na siebie, a później obydwoje parsknęliśmy śmiechem.
- Pomagałeś mamie w kuchni? - zapytałam rozbawiona, przypominnając sobie, kiedy bardziej przeszkadzał, niż pomagał.
- Ten weekend był nudny? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Nie. - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- To ja też nie pomagałem.
Z przyklejonymi uśmiechami na twarzy skierowaliśmy się na pierwsze piętro, gdzie ja miałam mieć historię. Ale w połowie drogi, zatrzymał nas krzyk dziewczyny, wołający imię Dustina, dobiegający z końca korytarza.
- Bridgit. - szepnął chłopak i szybko się odwrócił. Zrobiłam to samo co chłopak i spojrzałam przed siebie, gdzie w naszą stronę biegła blondynka, która przez około 2 tygodni nie zawitała swoją obecnością w University of California.
- Tęskniłam! - krzyknęła dziewczyna rzucająca się na szyję Dustina.
- Hej, spokojnie! - powiedział zaskoczony Dustin. - Ja też tęskniłem.
- Widzę, że szkoła jeszcze stoi, także nie ominęło mnie zbyt dużo. - mruknęła, kiedy odsunęła się od chłopaka. Prawdę mówiąc trochę się zmieniła z wyglądu. Teraz jest o wiele chudsza, niż kiedy po raz pierwszy ją spotkałam. Miała wręcz zapadnięte kości policzkowe i w ogóle wyglądała jakby wyszła z kostnicy. Jednak co do ubioru to się nie zmieniła. Nadal na sobie miała niezliczone ilości kolorów i dziwnym trafem to wszystko do siebie pasowało! Nie mam pojęcia jak ona to robi, ale mogłam ją łatwo upodobnić do tęczy.
- Nie mogliśmy zacząć imprezy bez Ciebie. - powiedział roześmiany chłopak i w końcu odwrócił się w moją stronę. Widziałam jak chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna go wyprzedziła odpychając go kawałek na bok.
- Wiem doskonale, że naszą znajomość nie zaczęłyśmy w dobrych relacjach, ale z tego co mi mówił Dustin przez Skype, jesteś bardzo fajną dziewczyną. - powiedziała i uśmiechnęła się przyjaźnie, a ja rzuciłam pytające spojrzenie w stronę Dustina. - Może zaczniemy od początku? - zaproponowała.
- Jestem Ania. - przedstawiłam się i wyciągnęła w stronę dziewczyny rękę.
- Już Cię polubiłam. - szepnęła i uścisnęła moją dłoń. - Bridgit.
- To co moje drogie Panie? Mamy do wyboru, albo zacząć ten dzień normalnie, jako zwykli uczniowie tej szkoły, albo... - zaczął Dustin, ale Bridgit po raz kolejny mu przerwała.
- Albo jako nienormalni uczniowie, którzy chcą się bawić. - dokończyła. - Zdecydowanie wybieram opcję numer dwa.
- Wyjęłaś mi to z ust słońce. - przyznał chłopak otaczając ramieniem blondynkę. - Ja również jestem za drugim wyjściem. A Ty Aniu?
- Cóż, sądzę, że i tak zostałam przegłosowana, także innego wyboru już nie mam. - wzruszyłam ramionami i wydęłam usta w jedną stronę.
- No to do dzieła! - krzyknęła Bridgit i ruszyła przed siebie.
Chyba czas przyzwyczaić się do nowego życia. Nie sądzę żebym mogła na spokojnie zjeść dzisiejszy lunch, lub chodź na chwilę usiąść na przerwie i trochę się pouczyć przed testem. Cóż... Może właśnie zakończył się pierwszy tom książki pod tytułem "Anna Cross", a zaczął się nowy "Ania Smith"? Nie wiem. Ale wiem, że z takimi osobami, jak Dustin czy Bridgit, mogę iść do przodu, nie cofając się ani o pół kroku do tyłu.
I wiecie co? Podoba mi się to!

~*~

Nie wiem co jest gorsze... Widok uśmiechu wroga, czy osoby dzięki którym się uśmiecham? Nie mogę uwierzyć, że tak łatwo przyszło jej zaklimatyzowanie się w tym otoczeniu. Pierwszego dnia szkoły, wszyscy uwarzali ją za dziwolonga, który nie wie w co się pakuje stając na drodze Katelyn, a dzisiaj jest witana przez większość osób i cały czas się uśmiecha. Non stop. To się zaczyna robić denerwujące...
A może... Nie. To na pewno nie. Nie. Nie ma takiej opcji, żebym jej zazdrościł! To nie wchodzi w ogóle w grę! Nie będę zazdrosny o coś, co jest kompletnym idiotyzmem.
Radość? Szczęście? Phiii! Na co to komu? Bo mi nie jest potrzebne.
Co mogę na to poradzić, że już taki jestem i się nie zmienię. I nie chcę się zmienić. Taki chcę być. Koniec. Temat zamknięty.
- Bridgit przyjechała. - powiedział Carlos.
- Ta blond idiotka? - zapytałem rozdrażniony.
- Nie jest idiotką. - oburzył się Carlos.
- Dobrze Panie Pena. Nie jest. - wywróciłem oczami. Co mu jest?
- Inaczej wygląda. - stwierdził Maslow.
- Pod kątem jakim? - dopytywałem się.
- Jest… Jakby tu określić... Chudsza? - zapytał zdezorientowany. - I bledsza. - dodał po chwili.
- Może wzięła coś, na jakieś imprezie i ma teraz skutki uboczne. - parsknąłem śmiechem na własny komentarz.
- Nie sądzę, żeby przez 2 tygodnie cały czas imprezowała... - odparł Pena.
- No błagam Cię! Przecież to Bridgit Mendler! - powiedziałem zdenerwowany. - Dziewczyna, która nie przepuści sobie okazji do szaleństw!
- W sumie racja... - stwierdził Maslow.
Przeczesałem moje włosy i głośno westchnąłem. Jak na kolejny poniedziałek w University of California jest bardzo spokojnie. Katelyn widziałem tylko raz, ale to i tak przelotnie. Nie mam pojęcia co ona knuje, ale te jej znikanie zaczyna mnie co raz bardziej denerwować. Mam tylko nadzieję, że nie ucierpią przez nią kolejne niewinne osoby. Na przykład Anna Smith.
Wywróciłem oczami już na samą myśl o niej. Dziewczyna działająca na nerwy i tylko i wyłącznie umiejąca pakować się w kłopoty. Tak. To idealny opis tej osoby.
Mówiłem już, że nienawidzę poniedziałków? Jeżeli tak to powtórzę jeszcze raz, a jeżeli nie to dodajcie sobie do tego głośne warknięcie. Lekcje dłużą się niczym guma do żucia. Nauczyciele jak zwykle o wszystko się przyczepiają, a ja jak zwykle mam to wszystko gdzieś. Ale uwagi babki od hiszpańskiego nie mogłem już po prostu zignorować. Ta wiedźma przyczepiła się do mnie nie wiadomo o co! Teraz mi się za to zapłaci...
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał mnie Maslow.
- Upiększyć jej samochód. - powiedziałem słodkim głosem i zamrugałem kilkakrotnie.
- Czyli nowy rok szkolny uwarzamy za oficjalnie otwarty? - upewnił się Pena.
- Otóż to...

*

Kolejny odebrany telefon przez Panią Jankis doprowadzał mnie do szału. Siedziałem tutaj zaledwie 5 minut, a już nie mogę powstrzymać nerwów! Ta kobieta musi chyba brać niezłe ziółka na uspokojenie, żeby wytrzymać tutaj przez cały dzień.
Rozłożyłem się wygodnie na kanapie spoglądając na zegarek. Cholera, spóźnię się na trening. Trener mnie chyba udusi... Nie mogę teraz zawalić! Zostało zaledwie kilka dni do zawodów! Musimy to wygrać!
- Dzień Dobry.
Otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia słysząc dziewczęcy głos, którego najmniej się spodziewałem o tej porze i do tego w tym miejscu.
- Witaj Aniu. Dyrektor jest w tej chwili zajęty, więc musisz poczekać przez chwilę. - odezwała się starsza kobieta posyłając jej szczery uśmiech, jaki obdarza jedynie te osoby, które polubiła. Mnie sekretarka zazwyczaj wita głośnym westchnięciem, albo wielkim grymasem.
Brunetka usiadła na kanapie obok mnie i nawet nie spojrzała w moją stronę. Zaśmiałem się pod nosem i zacząłem kręcić głową z rezygnacji. Co ja takiego mam w sobie, że wszyscy się mnie boją? No tak. Zapomniałem, że nazywam się Kendall Schmidt, a tu już jest coś.
- Czy to przypadek, że się tutaj po raz kolejny spotykamy? - pytam dziewczynę, po kilku minutowej ciszy, jaka zapanowała w sekretariacie. - A może przeznaczenie? - dodaję z szyderczym uśmiechem. Widziałem jak dłonie Ani zaciskają się w pięści i mocno zacisnęła swoją dolną wargę. Cholernie mocno. I cholernie dekoncentrująco.
- Coś znowu zrobił? - zapytała przez zaciśnięte zęby.
- Ozdobiłem samochód Pani Ferth. Zdecydowanie o wiele ładniej wygląda w czerwonych dodatkach. - mówię wzruszając ramionami jakby to była rzecz oczywista.
- Tej od hiszpańskiego? - pyta marszcząc czoło, a ja kiwnąłem głową. - I tylko dlatego, że zdenerwowała Cię na lekcji?
- Mówiłem Ci już wielokrotnie, że zadajesz zbyt dużo pytań. - powiedziałem słodkim głosem.
- Sam zacząłeś rozmowę. - przyznała. - I to jest raczej przypadek. - odpowiedziała na moje pierwsze pytanie.
- Co tam u Dustina? - nie daję za wygraną i próbuję ją jakoś zdenerwować, ale zważywszy na fakt, że siedzieliśmy przed gabinetem dyrektora, a 5 metrów przede mną była jeszcze starsza kobieta, nie chciałem robić afery. Mam jeszcze dużo czasu, żeby ją upokorzyć.
- Dlaczego sam go o to nie zapytasz? - odpowiedziała i w końcu odwróciła się w moją stronę. Jej mordercze spojrzenie wywiercało we mnie dwie ogromne dziury, a groźna mina wręcz dodawała jej uroku. Włosy jak zwykle były wysoko spięte, a kilka pojedynczych włosów wychodziło jej z koka. Zastanawiam się dlaczego zaczęła chodzić w spiętych włosach? O wiele lepiej wygląda w rozpuszczonych...
- Nie mam z nim tak bliskiego kontaktu jak Ty. - odpowiadam, robiąc nacisk na słowo "bliskiego".
- Tydzień temu jakoś z nim rozmawiałeś i obyło się bez żadnych katygorycznych sytuacji. - odpowiedziała nadal patrząc się na mnie.
Tydzień temu? Co było tydzi... Aaa... Już wiem...

- Musiałem z nim załatwić ważne sprawy. - odparłem lekko zakłopotany.
Między innymi załatwiałem Ci uratowanie tyłka...
- W takim układzie, skoro aż tak bardzo chcesz wiedzieć co u niego to idź się zapytaj, pod pretekstem bardzo ważnej sprawy. - powiedziała teatralnym głosem i odwróciła się ode mnie.
- Jaka Ty bystra jesteś!
- Odwal się ode mnie... - syknęła.
- Jesteś żałosna. - stwierdziłem.
Drzwi od gabinetu się otworzyły i wyszedł Pan Gilles. Spojrzał to na mnie, to na Anię i szeroko się uśmiechnął.
- Dobrze się składa, że jesteście oboje. Wchodźcie do środka. - zaprosił nas gestem ręki. Podniosłem się z siedzenia i jako pierwszy wszedłem do gabinetu, a zaraz za mną brunetka.
- Od kiedy mówisz o sobie w 3 osobie i to w dodatku rodzaju żeńskiego? - zapytała się mnie szeptem i złowieszczo się uśmiechnęła.
Czy już mówiłem, że ta dziewczyna irytuje mnie na każdym kroku? Jestem ciekaw skąd ona bierze te złośliwe teksty? Może wypożyczyła książkę: "Jak odgryźć się swoim prześladowcą"? Kto tam wie...
- Nie mam ochoty z Wami spędzić całego popołudnia, dlatego przejdę od razu do sedna. - rzucił od razu dyrektor siadając za swoim biurkiem. - Nie będę również owijał w bawełnę, że się na Was zawiodłem albo coś w tym stylu.
- Do rzeczy... - rzuciłem wzdychając.
- Prace społeczne. - odparł dyrektor, a ja parsknąłem śmiechem. - W sobotę o 09.00 rano macie stawić się w szkole. Będziecie wykonywać prace na rzecz szkoły.
- To są chyba jakieś żarty... - mruknąłem pod nosem.
- Niestety nie, Panie Schmidt. Ale dla Pana mam kolejne ostrzeżenie. Wie Pan, że za takie wywinienie mogę Pana zawiesić, albo i nawet wydalić ze szkoły. - pogroził mi palcem, a ja wywróciłem oczami. - A co za tym idzie, odejście z drużyny.
Cholera. No to w końcu mnie obudziło i zdałem sobie sprawę, że babka od chemii również dała mi ostrzeżenie. Nie. Nie mogą wywalić mnie z zespołu. Jestem kapitanem tej bandy i kapitan zawsze powinien z nimi być.
- Co do Panny Smith... - odezwał się drapiąc po czole. - Mam mieszane uczucia, co do tego incydentu. Ale nie mam zamiaru ponownie wznawiać śledztwo i mam nadzieję, że chociaż Ty rozumiesz swoją karę.
- Tak Panie dyrektorze. - odparła cicho.
Spojrzałem się na nią z ukosa i zacisnąłem usta. To nie ona powinna tutaj stać, tylko Katelyn. I to Katelyn powinna wykonywać tą karę, a nie ona.
- Możecie już iść. Jesteście wolni. - dyrektor machnął ręką od niechcenia i rozłożył przed sobą stos papierów.
Ania o dziwo szybko opuściła gabinet i zaraz widziałem jak jej ciało oddala się ode mnie na pustym korytarzu. Ja skierowałem się w stronę szatń, gdzie przebrałem się na trening i pośpiesznie udałem się na boisko, gdzie reszta zawodników ćwiczyła akcje w obronie.
- Nareszcie się Pan pojawił. - usłyszałem za sobą głos trenera.
- Zatrzymał mnie dyrektor. - odparłem zgodnie z prawdą.
- A nie dawno zielony samochód Pani Fert, który ozdobiony jest pięknymi czerwonymi szlaczkami? - zapytał marszcząc brwi.
- Emm, nie. Raczej nie. - wzruszyłem ramionami i nie przejmując się dalej poszedłem do Jamesa, który akurat stał na uboczu.

- I jak? - zapytał od razu.
- Prace społeczne, rano w sobotę. - mruknąłem wywracając oczami.
- Współczuję. - zmrużył oczy i wydął usta.
- Nie ma czego. Będę miał wspaniałe towarzystwo do pomocy. - powiedziałem z uśmiechem.
- Kogo?
- Panną Annę Smith.
- To jest jej kara? - zapytał zdziwiony James. - Zbyt wysoka jak dla niej, zbyt niska jak dla Ciebie.
- Dzięki. - fuknąłem na niego i odwróciłem się, aby rozejrzeć się po boisku i trybunach.
- Cóż myślę, że nie tylko ja tak uważam. - odezwał się James.
- Co takiego? - zapytałem zdezorientowany.
- Spójrz przed siebie i powiedz kogo widzisz.
Odwróciłem się z powrotem i mocniej zacisnąłem ręce widząc nienawidzone przeze mnie osoby. Ania, Dustin i Bridgit. Trójca święta, jakiej jeszcze nie było...

~*~

Moja głowa powoli zaczęła puchnąć od nadmiernego krzyku, gromadzonego w małej sali do ćwiczeń. Dużo śmiechu, krzyku i wrzasku napierało na sile z każdą przebytą minutą z gromadką dzieciaków. Ale i tak bawiłam się niesamowicie. Cała energia wypłynięta z tych małych osóbek przenikała przez moją skórę, aż do każdego najmniejszego organu.
Widziałam jak Dustin był dumny ze swojej grupy. Nie dziwię się z resztą... Cały swój wolny czas poświęca dla tych dzieciaków. A jego uśmiech poszerzał się za każdym razem, kiedy mówiłam, że super tańczą. Z zadowolenia ściągał swoją czapkę i kłaniał się nisko, a potem znowu zakładał swoje nakrycie głowy.
Szczerze mówiąc nie powinnam w ogóle przychodzić, gdyż Caroline została jeszcze u swoich rodziców. Ale chęć zobaczenia tańczącego Dustina, była znacznie większa niż by się mogło wydawać.

- Z racji tego, że nie ma dzisiaj Carli i jesteś praktycznie rzecz biorąc wolna... - zaczął mówić Dustin, a ja parsknęłam śmiechem.
- Rozumiem, że już sobie zaplanowałeś cały wieczór? - zapytałam, zabierając jego czapkę i założyłam na moją głowę.
- Można tak powiedzieć. - mruknął niezadowolony i zaraz z powrotem zabrał mi czapkę.
- To co dzisiaj robimy, Panie instruktorze? - zapytałam słodkim głosem przechylając głowę w prawo.
- Bawimy się. - odrzekł i włączył jeden z tych szybszych kawałków do tańczenia, a ja wybuchłam śmiechem. Podszedł do mnie tanecznym krokiem i od razu złapał mnie za ręce nie pytając nawet o pozwolenie. Po raz kolejny poczułam to dziwne ciepło przechodzące przez opuszki palców, aż przez cały kręgosłup.
- Dwa kroki do tyłu jeden do przodu. A potem dwa do przodu jeden do tyłu. - powiedział patrząc się w moje oczy, a ja wykonałam jego polecenie. Kiedy złapaliśmy rytm, zaczęliśmy okręcać się wokół własnych osi i często towarzyszyły nam moje obroty. Nie obyło się bez dużej dawki śmiechu i głupich uwag z mojej jak i z Dustina strony.
- A teraz mały eksperyment. - powiedział w pewnym momencie i zatrzymał się na środku sali. - Połóż swoje ręce na moich ramionach. - odparł stanowczo.
- Że co? - zapytałam zdezorientowana.
W odpowiedzi Dustin wziął moje dłonie i delikatnie położył je na swoich ramionach. Uczucie rozchodzącego się ciepła podniosło się o kilka stopni Celsjusza do góry i było mi już bardzo gorąco.
- A Ty? - zapytałam niepewnie patrząc na jego ręce, które swobodnie wisiały wokół ciała.
- Zrobię to samo. - mruknął cicho.
Powoli podniósł dłonie i jak najdłużej przemierzył drogę do moich ramion. Zamknęłam oczy i mocniej zagryzłam wargę. Nie chcę na to patrzeć. Nie chcę widzieć, jak ktoś mnie dotyka.
- Boli? - zapytał cicho, a ja otworzyłam szerzej oczy.
- Kiedy to zrobiłeś? - zapytałam zaskoczona patrząc na jego dłonie ułożone na moich ramionach.
- Od kiedy zamknęłaś oczy.
Zdezorientowana patrzę na jego ręce równo ułożone na mojej skórze. Nic. Zero bólu. Zero strachu. Tylko kojące gorąco, które rozchodzi się we wszystkich wnętrznościach mojego ciała.
- Kolejny etap wykonany pomyślnie. - chłopak się uśmiechnął i lekko ścisnął moje ramiona. - Jak tak dalej pójdzie za miesiąc będę mógł Cię w końcu przytulić. - dodał z jeszcze szerszym uśmiechem.






~~~~





_____
Możecie mnie zabić, udusić, pogrzebać, odkopać, potem powiesić, odwiesić i potem znowu pogrzebać, odkopać i spalić...

Ehh... Chwilowy brak weny, który niestety odzwierciedla się na tym o to rozdziale...
Jestem nie dość, że zła, ale i mocno wkurwiona na siebie...
Bardzo Was przepraszam, ale nie mam pojęcia co się ze mną ostatnio dzieje ;c

Jestem też wściekła, bo poprzedni rozdział był na serio bardzo dobry, a dzisiaj dodaję takie coś i... Mam wrażenie, że Was zawiodłam, a w szczególności osoby, które mnie chwaliły...

Dziękuję za poprzednie komentarze i wyświetlenia, jakie nabiły się podczas jednego dnia. To był ogromny dla mnie szok, że aż tak bardzo Wam się spodoba, i do tej pory nie wierzę, że coś takiego miało miejsce!
Najbardziej zrobiło na mnie wrażenie, że zostałam porównana do "Darka'a" i szczerze mówiąc to dało mi ogromną motywacje. Sama czytam ten fanfiction i uważam, że jest rewelacyjny, ale moim zdaniem trochę mi daleko do niego, ale i tak bardzo dziękuję ;*

Ważna informacja:
Zważywszy na fakt, że nie mam czasu na pisanie, a zapasy mi się powoli kończą jestem zmuszona do tego, aby dodać rozdział 19 dopiero w wtorek-środa za tydzień, czyli 2-3 grudnia...

Wiem, że się zawiedliście, ale po prostu muszę trochę ogarnąć naukę i w ciągu tego tygodnia napiszę co najmniej 2 rozdziały, dzięki czemu jestem opanowana i wiem, że nie muszę pisać na wariata, a rozdziały wtedy będą o wiele lepsze od tego...
Nie będę Wam się tłumaczyć, że mam jeszcze kilka ważnych spraw do pozałatwiania, ale obiecuję, że od przyszłego tygodnia rozdziały będą dodawane regularnie ;)

Mam nadzieję, że mi wybaczycie... ;(

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział 17 "Mój osobisty Anioł Stróż z czarnymi skrzydłami. Mój."

There are many among us
and we're changing all the time
Maybe the same old fears what have we here
don't bring me down with you
~~~~~~~~

- Skąd Ty znasz Panią Gretę? - powtórzył pytanie.
- Ja, um... - zaczęłam się jąkać.
Cholera, co teraz?!
Wzięłam głęboki wdech… I wydech.
Okej, skoro on powiedział prawdę, to z mojej strony on też na nią zasługuje.
- Kiedy miałam 10 lat, moja matka zmarła na raka... - zaczęłam cicho podnosząc głowę, ale nie odwracając się w jego stronę. - Mieszkałam sama z ojcem przez kolejne 3 lata... - urwałam. No może nie całą prawdę mu powiem.
- Co dalej? - zachęcił mnie do mówienia.
- Ojciec trafił za kratki na 25 lat, ale słyszałam, że jego wymiar kary może się znacznie przedłużyć. Trafiłam do Domu Dziecka w wieku 13 lat.
- Jade i Daniel Cię adoptowali? - zapytał cicho.
- Rok temu. - odpowiedziałam szybko.
- Zadam Ci pytanie, ale nie musisz na nie odpowiadać, dobrze? - upewnił się ściskając moją rękę, a ja kiwnęłam głową. - Czy to... Czy to przez Twojego ojca boisz się czyjegoś dotyku? - zapytał szeptem.
Zacisnęłam mocniej wargi i odwróciłam głowę.
Aniu, spokojnie. On chce wiedzieć. Ma do tego całkowite prawo. On powiedział Ci wszystko.
Ale ja nie będę taka jak on...
- Nie musisz odpowiadać. - odezwał się. - Wiesz co? Chciałbym Cię teraz przytulić, ale wiem o tym, że Ty... - urwał.
- Wiem Dustin. Ja też chciałbym Cię przytulić. - mówię wycierając swoje oczy, które napełniły się łzami. Nie chcę płakać. Nie mogę płakać. Ale co na to poradzę? Wspomnienia wywiercają ogromną dziurę w sercu i nie mogę tego powstrzymać.
- Pomogę Ci. - oświadczył głośno. - Pomogę Ci znowu stanąć na nogi. Będziesz znowu tą uśmiechniętą dziewczynką z Twoich zdjęć stojących w ramkach w Twoim pokoju. Nie zostawię Cię. Tylko mi na to pozwól. Pozwól sobie pomóc.
Odwróciłam się w jego stronę i przyjrzałam się jego twarzy. Źrenice rozszerzone, tak samo jak usta, które były lekko rozchylone, a jego mięśnie w ramionach lekko się spięły. Prawie niezauważalnie kiwnęłam głową na znak potwierdzenia, dzięki czemu Dustin w końcu się uśmiechnął.
Odetchnęłam z ulgą i ponownie spojrzałam przed siebie. Nie mam pojęcia komu dziękować, że Dustin pojawił się na mojej drodze. Chyba Katelyn, która już pierwszego dnia szkoły próbowała mnie upokorzyć. Wtedy przyszedł on, z zamiarem pomocy.
Może Dustin jest moim kolejnym Aniołem Stróżem, który będzie mnie pilnował i odstraszał od złego? Mój osobisty Anioł Stróż z czarnymi skrzydłami. Mój.
Odwracam się z powrotem do niego i ponownie bacznie mu się przyglądam. Może powinnam mu powiedzieć? Ufam mu. Ale czy tak, aby powierzyć mu mój sekret?
- Nie wszystko mi powiedziałaś, prawda? - zapytał przechylając głowę w prawą stronę.
- Skąd wiesz? - pytam zaskoczona.
- Intuicja. - powiedział i zamrugał kilkakrotnie.
- Kiedyś... Pytałeś się mnie dlaczego przestałam tańczyć... - urwałam spuszczając głowę w dół. - Moja mama... - zaczęłam, ale nie mogłam dokończyć. Kolejna dawka łez wręcz wylewała się wiadrami z moich oczu. Widziałam jak Dustin, chciał coś powiedzieć, ale dałam mu znak ręką, żeby zaczekał. - Moja matka tańczyła... - w końcu dokończyłam.
- Wiem... - szepnął.
- Wiesz?
- Nie nazywasz się Ania Smith. Twoje prawdziwe nazwisko to Cross. - odparł wyciągając powoli dłoń w moją stronę i schował niesforny kosmyk włosów za ucho. - Twoja matka to Katherine Cross.
- Skąd... - zaczęłam zaskoczona.
- Mówiłem Ci, że jesteś do niej bardzo podobna. Kiedy po raz pierwszy przyszłaś na salę z Caroline kogoś mi przypominałaś. Wieczorem zacząłem oglądać zdjęcia w internecie Kathrine. Wtedy już miałem pewność, że musi być między Wami jakaś więź genetyczna. Takie podobieństwo nie zdarza się na co dzień. W dzień otwarcia nowego wystroju, specjalnie przyglądałem się Twojej reakcji. Byłem ciekaw jak się zachowasz. I wcale się nie myliłem...
- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - zapytałam oburzona.
- Czekałem, aż zaufasz mi na tyle, żebyś mogła sama to powiedzieć. I chyba mi się udało. - oświadczył z dumą w głosie.
- Chyba tak...
- Nie skończyłaś mówić. - przypomniał mi, a ja głośno westchnęłam.
- Zaczęłam tańczyć od razu po tym jak nauczyłam się chodzić. Mama zabierała mnie na salę, gdzie ona przygotowywała się to różnych turniejów, a ja próbowałam naśladować jej ruchy. Co trochę komicznie wyglądało zważywszy na fakt, że jeszcze nie umiałam mówić, a próbowałam zrobić szpagat w powietrzu. Zaczęłam startować w przeróżnych turniejach i wyjeżdżać na obozy taneczne. Moje nazwisko było praktycznie wszystkim znane i kilka razy zdarzało się tak, że wystarczyło żebym tylko się przedstawiła a od razu zdobywałam pierwsze miejsce.
- Na serio? - zapytał rozbawiony chłopak.
- Dziwna sprawa, nie uważasz? - zapytałam przygryzając wargę. - Ale mama mnie często kryła. Nie chciała, żebym była razem z nią na zdjęciach, które miały pojawić się w gazetach.
- Dlatego nic nie było wiadomo o jej ciąży i o tym, że ma dziecko. - stwierdził chłopak.
- Uważano mnie za siostrzenicę Katherine. A najdziwniejsze jest to, że ona nie ma siostry. - powiedziałam rozbawiona.
- Trochę pokręcone.
- Dokładnie. - głośno westchnęłam i popatrzyłam do góry, gdzie nad nami sklepienie nieba zaczynało przygotowywać się na powitanie nocy. - Kiedy miałam niecałe 10 lat, dowiedziałam się, że mama jest ciężko chora. Pomimo tego, że z każdym dniem jej ciało umierało, ona musiała przyjść na salę treningową. Musiała wykonać chociaż pół obrotu, nie przejmując się potwornym bólem. A ja wszystko widziałam. Widziałam jak cierpiała. Jak próbowała walczyć. Jak się nie poddawała. Ale i to nie wystarczyło. Później już było co raz gorzej... - pociągnęłam nosem i wytarłam moje oczy.
- Nie musimy o tym rozmawiać jak nie chcesz. - przerwał mi Dustin.
- Chcę. Chcę w końcu o tym z kimś porozmawiać... - szepnęłam spoglądając na niego. - Za długo to ukrywałam, żeby teraz przerwać.
W odpowiedzi dostałam kiwnięcie głową, a ja ciągnęłam moją wypowiedź.
- Dawano jej chemioterapię. Zaczynały wypadać jej włosy, była co raz bledsza i słabsza. Nie miała siły kompletnie na nic. Ale nie umiała też leżeć w łóżku, kiedy inni tańczyli. Nie mogła wytrzymać z powodu braku tańca.
- Energiczna kobieta... - skomentował chłopak, a ja zachichotałam pod nosem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo... - potwierdziłam. Zmieniłam moją pozycję, tak, że teraz siedziałam na wprost chłopaka, który czekał na dalszą część historii. - Kiedy miałam urodziny dostałam od mamy starą pozytywkę.
- Tą, która stoi u Ciebie w pokoju? - pyta upewniając się.
- Tak. Należała do mojej prababci, później do babci, mamy a teraz do mnie. Kiedy siedziałam w szpitalu, cały czas słuchałyśmy melodii grającej z wnętrza pudełka. Mama mnie wtedy prosiła, abym zatańczyła dla niej, do tej muzyczki. Robiłam to praktycznie każdego dnia, a mój układ cały czas był inny.
- Ile czasu to trwało? - zapytał zaciekawiony.
- Około 9 miesięcy.
- Wow... - otworzył szerzej oczy i zaczął kręcić głową z niedowierzania.
- Codziennie przychodziłam do niej o tej samej godzinie i o tej samej godzinie wychodziłam. Pewnego grudniowego dnia, wracałam ze szkoły i miałam iść właśnie do szpitala, ale postanowiłam zatrzymać się w kwiaciarni i kupić dla mamy kolorowy bukiet kwiatów, aby mogła poczuć, że zima nie zabrała wszystkich zapachów...


- To będzie 10 dolarów młoda damo. - powiedziała starsza kobieta stojąca za ladą. Na nosie miała śmieszne okulary, jak Pani Darlsey od matematyki. Ale Pani Darlsey zdecydowanie lepiej wyglądała w okrągłych szkiełkach, od tej Pani.
- Proszę. - podałam odpowiedni banknot kobiecie, która włożyła go od razu do kasy. Założyłam swoje rękawiczki, poprawiłam czapkę i wzięłam moje kwiatki. Znaczy się... Jeszcze moje, bo zaraz je oddam mamie. Mam nadzieję, że nie pogniewa się na mnie jeżeli przyjdę nieco później. Ale za to z jakim prezentem przyjdę!
Wyszłam ze sklepu i zaczęłam mruczeć pod nosem piosenkę o "Smutnej Różowej Śwince", którą nauczyłam się dzisiaj w szkole. Niestety nie dokończyliśmy jej nauczenia się i została nam jeszcze jedna zwrotka. Nie rozumiem tylko, dlaczego ta świnka była smutna. Miała mamę świnkę i tatę świnkę i różnych przyjaciół w zagrodzie i była szczęśliwa! To dlaczego ta piosenka nazywała się "Smutna Różowa Świnka"? Może jutro się dowiem, kiedy skończymy ostatnią zwrotkę.
Jedną ręką poprawiłam moją zimową czapkę. Było zimno. Bardzo zimno. A ja nie lubię jak jest zimno. Chociaż lubię śnieg, który cały czas pada. Oby padał też do świąt. No bo, co to za święta bez śniegu? Jak Święty Mikołaj będzie mógł rozwieźć swoje prezenty, kiedy jego sanie nie będą mogły jeździć po ziemi?
Mama obiecała, że jak wyjdzie ze szpitala to ulepimy ogromnegoooooo bałwana! Takiego wielkiego! Największego na świecie! Wszyscy nam będą zazdrościć tak wielkiego bałwana! Nawet Martha! Albo nie. Martha nie będzie zazdrościć, ba Marthę zaproszę żeby nam pomogła w ulepieniu. Nie lubię jak jest o coś zazdrosna. Jesteśmy koleżankami, a koleżanki powinny sobie pomagać, a nie kłócić. Tak, tak właśnie zrobię.
W końcu dotarłam do szpitala. Pomachałam pani w recepcji, ale ona mi nie odmachała. Dziwne. Zawsze mi odmachiwała, to dlaczego teraz tego nie zrobiła? Reszta pielęgniarek również mi nie odmachała. Wszyscy byli bardzo smutni, a kiedy patrzyli się na mnie, lekko się uśmiechali i z powrotem wracali do poprzedniego grymasu. Może obiad na stołówce był niedobry? W sumie, to się nie dziwię. Jedzenie tutaj jest okropne. Gorsze niż u mnie w szkole! A jedzenie w szkole trudno jest pobić, dlatego wiele razy mówiłam, że szpitalna stołówka powinna dostać dyplom i medal za najgorsze jedzenie.
- Cześć mamo! - krzyczę już w progu i zamykam za sobą drzwi. - Przepraszam, że się spóźniłam, ale...
Zaraz, chwila. A gdzie mama? Dlaczego nie leży w łóżku? Gdzie ona jest?
Może zabrali ją na jakieś badania? Pewnie tak. Słyszałam jak doktor mówił, że wykonają jakieś dodatkowe badania. Mam nadzieję, że zaraz przyjdzie, bo chcę szybko jej dać mój prezent. Jestem ciekawa co takiego powie jak zobaczy, co jej kupiłam. Te kwiatki na prawdę są ładne. Takie same jak na tej kolorowej chusteczce, którą nosi mama na głowie. Bardzo mi się ona podoba, jednak wolałam jak mama miała te długie włosy. Były taki miękkie w dotyku. Urosną jej. Tak samo jak znowu będziemy razem tańczyć. I znowu będziemy głośno się śmiać. Tylko niech tutaj przyjdzie i niech zobaczy co dla niej mam!
- A co Ty tutaj robisz? - zapytał mnie pan doktor. Znałam tego pana. Często przychodził do mamy i pytał jak się ona czuje. Był bardzo miłym panem. I dał mi któregoś razu kolorowego lizaka, za to, że byłam grzeczna kiedy pobierano mi krew.
- Czekam na mamę. Wie Pan może kiedy wróci z badań? - zapytałam szybko.
- Z jakich badań?
- No te, na które zabraliście mamusię. - powiedziałam zdenerwowana i tupnęłam nawet nogą. - To Pan jest lekarzem, a nie ja. I to Pan powinien wiedzieć, jakie badania robią mojej mamie.
- Aniu... - kucnął przy mnie i złapał za rączkę. Ale nie tą, w której trzymałam kwiatki. - Twoja mama... Ona... Jej już tutaj nie ma. Odeszła.
- Zabraliście ją do innego szpitala? - zapytałam oburzona. Zabrali ją i jeszcze nic nie powiedzieli! A obiecali, że o wszystkim będą nas informować. Mnie i tatę. A tak w ogóle, to gdzie jest tatuś?
- Nie Aniu. - zaśmiał się Pan doktor i wytarł swoje oczy. Były bardzo czerwone, a po policzku spływały dwie łzy.
- Pan płacze? - zapytałam cicho. - Dlaczego? Co się dzieje?
- Aniu, Twoja mama... - znowu urwał w tym samym miejscu co wcześniej. No niech on w końcu coś powie! - Ona nie żyje.
Patrzyłam na doktora, ale nie słyszałam co on do mnie mówił. Nic nie słyszałam. Wokół mnie była głucha cisza. Już nie słyszałam nawet bicia mojego serduszka, czy mój przyśpieszony oddech. Nic. Kompletnie nic.
- Pan żartuje? - zapytałam w końcu, przerywając mowę doktora.
- Przykro mi...
- Niech Pan zaprowadzi mnie do mamy! - krzyknęłam na niego. - Pan nie mówi prawdy! Ja wiem! Pan mnie oszukuje!
- Aniu, nie żartuję...
To nie może być prawda. To nie może być prawda! Mamusia żyje! Ona jest tutaj! Bawi się ze mną w chowanego!
- Jej już nie ma. - powiedział szeptem Pan doktor.
Kolorowe kwiatki upadły na zimną podłogę, na którą również kapały moje łzy. On mówi prawdę. Nie żartuje. On mówi, że jej już nie ma. On mówi prawdę. On mówi, że ona nie żyje. On mówi prawdę...


-... Okazało się, że 15 minut przed moim przyjściem ona zmarła. - powiedziałam zdenerwowana. - 15 minut, które straciłam w kwiaciarni, gdzie kupowałam dla niej te pieprzone kwiatki! - krzyknęłam nie mogąc pohamować emocji. - Gdybym poszła prosto do szpitala może bym zdążyła z nią porozmawiać!
Wybuchłam głośnym płaczem, waląc pięściami w ziemię. Nie mogłam już się opanować. To w końcu musiało ze mnie wyjść. Musiałam w końcu to wykrzyczeć i się wypłakać.
Dustin też płakał. Widziałam to. Po raz pierwszy widziałam jak Dustin Belt płacze. I muszę stwierdzić, że to nie był piękny widok.
- Wiesz dlaczego ta piosenka była o "Smutnej Różowej Śwince"? - zapytałam po kilku minutach, kiedy w końcu mogłam się odezwać.
- Nie. - pokręcił głową pociągając nosem.
- W ostatniej zwrotce jest o tym jak mama świnka została zabrana przez gospodarza, który ją sprzedał na targu. To samo zrobił z tatą świnką i przyjaciółmi świnki. Dlatego świnka była smutna. Bo została sama.
- Ty nie jesteś sama. - powiedział szybko chłopak. - Jestem tu. Jestem przy Tobie i nie zamierzam Cię opuścić. Rozumiesz?
Złapał mnie za ręce i mocno je zacisnął w swoich dłoniach. Ten gest znaczył dla mnie wiele. Między innymi, że komuś na mnie zależy. Że nie jestem sama. Że jest ktoś obok mnie.
- Dzień przed jej odejściem, kiedy wychodziłam od niej z sali, wiesz co mi powiedziała? - zapytałam prychając.


- Aniu?
- Tak mamo? Coś Ci przynieść? - zapytałam od razu podchodząc do jej łóżka.
- Nie, nic mi nie potrzeba. - powiedziała i lekko się uśmiechnęła.
- To co się stało?
- Nie zapomnij o mojej pozytywce. Dobrze?
- Dobrze mamo.


-... Nie zapomnij o mojej pozytywce... - powtórzyłam jeszcze raz. - Nic więcej. Żadnego kocham Cię, czy bądź dzielna. Tylko nie zapomnij o pozytywce.
- Musiała być dla niej ważna, skoro tak Ci powiedziała. - stwierdził Dustin.
- Możliwe...
- Jedźmy już do domu. Robi się co raz ciemniej, a ja nie mam zamiaru słuchać jak Twoi rodzice denerwują się na Ciebie.
- Racja.
Podniosłam się z ziemi i po raz ostatni rzuciłam okiem na okolicę. Poczułam jak dłoń Dustina delikatnie wsuwa się w moją i zaplata swoje palce wokół moich. Ten mały dotyk, pozwolił aby na moich ustach pojawił się cień uśmiechu.
- Dustin? - odezwałam się, kiedy siedzieliśmy już w samochodzie.
- Co się stało? - zapytał lekko przestraszony.
- Cieszę się, że Cię mam. - powiedziałam szeptem. - Przyjacielu. - dodałam.


*


Często zastanawiam się "co by było, gdyby?". To pytanie chyba każdy zadaje sobie każdego dnia i raczej go nie unikniemy. W sumie, lubię sobie gdybać. Co by było, gdyby to, gdyby tamto... Ale zamiast zastanawiać się nad tym, co byśmy zrobili, lepiej zająć się tym co zrobiliśmy. Tym co zostało przez nas dokonane.
Czy dobrze zrobiłam opowiadając Dustinowi prawdę? Nie całą, jednak i tak większość. To już i tak jest sukces! Ale patrząc na pozytywkę, którą dostałam od Niej, muszę stwierdzić, że dobrze uczyniłam. Mam pewność, że ufam Dustinowi. Mam pewność, że on mi pomorze. Mam pewność, że mnie nie zostawi.
Trochę to wszystko jest dziwne. Spotkałam chłopaka, który uratował mnie od uderzeniem mojej przyszłej prześladowczyni, który wkurzał mnie na każdym kroku, a wczoraj powiedziałam mu, że jestem córką Katherine Cross. Dziwne? To chyba za mało powiedziane...
Ale jakaś część mnie ciągnie do Dustina o czekoladowych oczach. I nie chce odejść.
- I jak wczoraj było? - zapytała mnie Alice, kiedy zeszłam do kuchni. Kobieta przygotowywała właśnie kurczaka w ziołach na obiad, który będzie dopiero za kilka godzin.
- Całkiem przyjemnie. - stwierdzam opierając się o blat.
- Późno wróciliście... - ciągnie dalej rozmowę.
- Mieliśmy dużo tematów do rozmowy...
A w szczególności, naszej przeszłości...
- To dobrze... - uśmiecha się i wkłada kurczaka do piekarnika. - Mogłabyś zanieść tą tacę z herbatą do studia Pana Smith?
- Jasne. - odchodzę od blatu i łapię uchwyty srebrnej tacy. - Daniel ma gościa? - pytam spoglądając na 2 filiżanki stojące na środku.
- Znalazł jakiegoś chłopaka, który wrzucał filmiki do internetu. Podobno, bardzo młody, a do tego z wieloma marzeniami o gwieździe estrady.
Zachichotałam pod nosem i powolnym krokiem wyszłam z kuchni, kierując się schodami na dół.
Ze wczorajszej wycieczki wróciliśmy około 21:00. Mam nadzieję, że Dustin przyjmie moje dzisiejsze zaproszenie na kolację i będziemy mogli dokończyć naszą rozmową, którą musieliśmy przerwać w samochodzie. To niesamowite ile mamy ze sobą wspólnego!
Z pod drzwi studia wydobywały się ciche dźwięki gitary, którą ktoś albo przyniósł, albo pożyczył z pokoju muzycznego.
- Przyniosłam herbatę. - powiedziałam wchodząc tyłem do studia, popychając za sobą ciężkie drzwi. Kiedy się odwróciłam, mina mi rzednie. I z chęcią upuściłabym trzymaną przeze mnie tacę, ale w ostatniej chwili jednak się powstrzymałam. Postawiłam ją na stole, dalej patrząc na osobę stojącą za szybą.
- Dziękuję Aniu. - odezwał się Daniel, siedzący w fotelu. - Zamknij drzwi i usiądź koło mnie. Chciałbym poznać również Twoją ocenę.
Posłusznie wykonałam polecenie mężczyzny, nadal patrząc przed siebie i założę się, że wyglądałam jak dziecko które po raz pierwszy widziało nową zabawkę. Wygodnie usiadłam w fotelu obok Daniela lekko sparaliżowana.
- Okej, zacznijmy jeszcze raz. - powiedział mężczyzna do małego mikrofonu. Osoba stojąca za szybą, lekko kiwnęła głową, ale również miała wyraz twarzy, jakby zobaczyła ducha.
- Jak go znaleźliście?-  pytam zdezorientowana, wsłuchując się w słowa piosenki.
- Wrzucał filmiki na YouTube. Ale też często wysyłał do nas swoje nagrania listem poleconym, także nie mogłem go zignorować. - Daniel parsknął śmiechem i zaczął coś robić przy panelu.
Odwróciłam z powrotem wzrok przed siebie i przysłuchiwałam się delikatnego, a zarazem tajemniczego głosu chłopaka, który akompaniował sobie przy gitarze. Nie sądziłam, że on umie śpiewać! Nie sądziłam, że on umie grać! Nie sądziłam, że on tak rewelacyjnie wczuwa się w muzykę...
- Przerwa na 5 minut. - powiedział Daniel do mikrofonu i z telefonem w ręku wyszedł ze studia. Odprowadziłam go wzrokiem, a kiedy usłyszałam zamykające się drzwi od kabiny szybko odwróciłam głowę i podniosłam się z krzesła.
- Umm... Cześć. - przywitał się cicho i podrapał się po karku.
- Hej... - odpowiedziałam zaskoczona. - Przyniosłam herbatę. - szybko się otrząsnęłam i wskazałam na tacę z dwoma parującymi napojami.
- Dzięki..
Żadne z nas się nie ruszyło. Penetrowaliśmy się nawzajem wzrokiem, nie mogąc nic powiedzieć. Ja byłam zaskoczona, że umie śpiewać, a on pewnie, że mnie tu spotkał.
- Nie wiedziałam, że umiesz śpiewać... - w końcu się odezwałam.
- Szczerze mówiąc, to nikt nie wie. - odparł rozbawiony, a jego mięśnie lekko się rozluźniły.
- Jak długo... - zaczęłam mówić, ale nie wiedziałam jak zakończyć. Może on nie chce ze mną rozmawiać? Z resztą, nie zdziwiłabym się. Przecież my się nienawidzimy!
- Od dziecka. - odpowiedział wzruszając ramionami. Głośno westchnął i w końcu ruszył się w kierunku kanapy, gdzie niepewnie usiadł i wziął swoją herbatę.
- Chyba już pójdę. Nie będę Ci przeszkadzać... - powiedziałam cicho i ze zdenerwowania zagryzłam wargę.
- Nie. - zaprzeczył szybko, a kiedy spojrzałam na niego zdziwiona, spuścił głowę w dół. - Znaczy się... Jak nie chcesz siedzieć, to nie musisz, ale fajnie by było gdybyś chociaż Ty posłuchała. - powiedział zawstydzony. W odpowiedzi skinęłam głową i usiadłam na moim poprzednim miejscu.
- Nikt nie wie, że śpiewam, albo, że umiem grać na gitarze. - zaczął mówić. - Należę do takiej grupy w szkole, która jest znana z agresywności i chamskiego zachowania. Dlatego nie mogę nikomu powiedzieć.
Wyszedłbym na jakiegoś czubka, który woli muzykę niż jakiś football. - powiedział wywracając oczami, a ja zachichotałam pod nosem.
- Boisz się powiedzieć prawdy, bo uważasz, że Cię wyśmieją? - zapytałam upewniając się, na co dostałam jedynie kiwnięciem głową. - Skoro to są Twoi najlepsi przyjaciele, powinni zrozumieć i zaakceptować Twoje zainteresowania.
- Wiem o tym, ale i tak się boję... - szepnął zrezygnowany.
- Co to za piosenka, którą śpiewałeś? - zapytałam zaciekawiona.
- “We Are" Ed'a Sheenar'a.
- Bardzo ładna. - stwierdzam zgodnie z prawdą. Miałam coś jeszcze powiedzieć, ale do studia wszedł akurat Daniel z telefonem w ręku.
- Przepraszam, że tak długo, ale jakieś kłopoty w pracy... - zaczął wyjaśniać i schował komórkę do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Mam nadzieję, że zdążyliście się już poznać.
Popatrzyłam na chłopaka i obydwoje parsknęliśmy śmiechem, nie wiedząc co powiedzieć.
- Rozumiem... - mruknął mężczyzna i podrapał się po głowie. - To co? Wracamy do śpiewania? - zapytał klaszcząc w dłonie.
- Jasne. - odparł Logan.




~~~~


____
Jeżeli mam być szczera, to pisząc retrospekcje Ani, trochę się popłakałam... Trochę więcej, niż trochę...


Uważam, że ten rozdział jest całkiem spoko i nawet mi się podoba, co jest bardzo rzadkim zjawiskiem xd
Resztę zostawię Wam do ocenienia xd


Pod poprzednim rozdziałem było bardzo dużo komentarzy dotyczące "więzi" pomiędzy Dustinem, a Anią... Wiem doskonale, że przeszłość wszystkich bohaterów jest praktycznie nie znana, ale małymi kroczkami zbliżamy się do ujawnienia wszystkich sekretów ;) Ale nie mogę podać konkretnego rozdziału, ani kiedy dokładnie to będzie, bo sama jeszcze nie wiem... Przewiduję, że to będzie 26, albo 27 rozdział jednak jeszcze nie wiem czy na pewno... Może trochę szybciej, a może dłużej... Zostaje nam tylko czekać co będzie dalej ;)

No i kolejna dedykacja, tym razem dla koleżanek z klasy ;> Na razie tylko te, które od niedawna wciągnęły się w mojego bloga, a więc... Kinga, Julia, Ola, Ola i Weronika ten rozdział jest DLA WAS! Dziękuję dziewczyny, że również mnie wspieracie i że jesteście ze mną ;* I nie będę Wam dawać przedpremierowych rozdziałów xd


No i oczywiście dziękuję wszystkim, którzy to czytają! Dajecie mi ogromną frajdę i poprawiacie mi humor w ekspresowym tempie ;> Gdyby nie Wy... Ten blog w ogóle by nie istniał ;')


Ufff... Notka długa i mam nadzieję, że wszyscy dotrwali do końca xd

Pozdrawiam ;*