But as I look around, I see, when I'm thinking never, change me
Well all I gotta do, is stay me
~~~~~~~~
Kolejny dzień zapowiadał się o niebo lepszy od poprzednich. Już nie wstałam z łóżka z grymasem na twarzy i powtarzając typowe "Byle do piątku", ale z uśmiechem na twarzy i myślą "Ciekawe co takiego dzisiaj się wydarzy?". Powoli zaczynam zadziwiać samą siebie, jak z łatwością przychodzi mi uśmiechanie się, a łzy już od dłuższego czasu nie pokazały się w świetle dziennym.
Codzienne czynności, które robiłam każdego dnia, dawały mi większą satysfakcję. A to wszystko spowodowane było tym, że po prostu nie mogłam doczekać się aż pójdę do szkoły. Chociaż dzisiaj miałam dostać moją karę za "Nie opuszczenie basenu na czas i narażenie własnego zdrowia" to i tak uśmiech nie znikał mi z twarzy. I nawet pogoda nie zepsuła mojego humoru, która wręcz była nie do wytrzymania. Matka Natura, po raz kolejny wykręciła w swym Kole Pogody nieprzyjemny deszczyk. Cóż na to poradzić? Wrzesień dobiegał końca, a do drzwi już puka jesienny Październik, a wraz z nim wiele nowych wydarzeń.
Wracając do wczorajszego wieczoru, było... Fajnie? Tak, chyba tak to można określić. Logan okazał się być świetnym chłopakiem, któremu brakuje tylko pewności siebie. Ma przepiękny głos kiedy śpiewa, a do tego jeszcze rewelacyjnie gra na gitarze i jak się później okazało również i pianinie. Musiałam go dosyć długo namawiać, aby został na obiedzie, ale kiedy zobaczył kurczaka przyrządzonego przez Alice, od razu zmieni zdanie. Daniel był bardzo zachwycony osobowością Logana i z tego co udało mi się usłyszeć, podjął już kilka rozmów na jego temat. Przed kolacją przyszedł Dustin, z pudełkiem zrobionych przez jego mamę ciasteczek, jako podziękowanie za pomoc. Oczywiście nie obyło się bez kolejnego zaproszenia na wspólne gotowanie, które z chęcią przyjęłam.
Spotkanie Dustina z Loganem należało do bardzo nerwowych, zważywszy na to, że ani jeden ani drugi nie mieli pojęcia jak się zachować w obecności osoby, z którą nie łączą żadne relacje. Ale nie trwało to zbyt długo. Kiedy siedzieliśmy u mnie w pokoju, szybko znaleźliśmy wspólny język i nie minęło nawet 10 minut, a już chichraliśmy się ze śmiesznych historyjek, jakie przytrafiły się nam w dzieciństwie. Szczerze mówiąc, nigdy bym nie pomyślała, że z kimś, kto należy do paczki Schmidta, będę tak świetnie się dogadywać! Jest zupełnie innym chłopakiem, niż go sobie wyobrażałam. Sam powiedział, że musi udawać kimś kim nie jest, żeby nie stracić reputacji, jaką dostaje za przyjaźnienie się z Schmidtem. Przyznał, że jest on dobrym przyjacielem, ale nienawidzi wrażliwości i lubi jak ktoś jest twardy i odporny na wszytko. A on niestety jest zupełnie innym chłopakiem. To przykre, że będąc w towarzystwie najlepszych przyjaciół, musi udawać kogoś zupełnie innego, niż jest. Zastanawiam się, czy reszta chłopaków, lubi Kendalla za takiego jakiego udaje, czy tego który skrywa się pod grubą skorupą kłamstw.
Fakt faktem jest, że na samym początku również taką osobą byłam. Nie chciałam, aby ktoś mnie poznał i przejrzał na wylot. No ale, jak Ania sobie coś zaplanuje, to nigdy to nie wyjdzie. Mówiłam już, że cieszę się, że poznałam Dustina? Też mi się wydaje, że już kilkanaście razy. Więc niech wszyscy do tych kilkunastu, dodadzą sobie jeszcze jeden raz.
Wchodząc do budynku szkoły nie martwiłam się już o bliskie spotkanie z Katelyn Tarver. Nie obchodziło mnie, co takiego ma w swoich planach, aby mnie upokorzyć. Postanowiłam sobie, że każdy jej podstęp, będę odwracać w żart. Nie opuszczę University of California, jedynie przez jakąś blondynę, która nie umie poradzić sobie z popularnością. Albo już jej brakiem...
- Wcześniej niż zwykle, czy mi się wydaje?
Odwróciłam się za siebie i od razu szeroko się uśmiechnęłam. Trudno nie zgadnąć kto stał przede mną. Z uśmiechem przyklejonym na ustach, potarganymi włosami na wszystkie strony, w rozpiętej, granatowej koszuli w kratkę i ciemnych spodniach stał mój Anioł z czarnymi skrzydłami. Mój. Osobisty.
- Też się cieszę, że Cię widzę. - odpowiedziałam zamykając szafkę.
- Jak Ci minął weekend? - zapytał rozbawiony.
- Nudno, jak zwykle. - wzruszyłam teatralnie ramionami i oparłam się o szafki. - Siedziałam w domu, trochę się pouczyłam. Nic nadzwyczajnego. A Tobie? - zapytałam i zacisnęłam usta, aby powstrzymać się od śmiechu.
- Cóż... Zrobiłem mamie zakupy. Później pomagałem jej w kuchni w gotowaniu. Odwiedziłem kilka miejsc... W sumie też normalnie. - odparł normalnym tonem. Popatrzyliśmy przez chwilę na siebie, a później obydwoje parsknęliśmy śmiechem.
- Pomagałeś mamie w kuchni? - zapytałam rozbawiona, przypominnając sobie, kiedy bardziej przeszkadzał, niż pomagał.
- Ten weekend był nudny? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Nie. - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- To ja też nie pomagałem.
Z przyklejonymi uśmiechami na twarzy skierowaliśmy się na pierwsze piętro, gdzie ja miałam mieć historię. Ale w połowie drogi, zatrzymał nas krzyk dziewczyny, wołający imię Dustina, dobiegający z końca korytarza.
- Bridgit. - szepnął chłopak i szybko się odwrócił. Zrobiłam to samo co chłopak i spojrzałam przed siebie, gdzie w naszą stronę biegła blondynka, która przez około 2 tygodni nie zawitała swoją obecnością w University of California.
- Tęskniłam! - krzyknęła dziewczyna rzucająca się na szyję Dustina.
- Hej, spokojnie! - powiedział zaskoczony Dustin. - Ja też tęskniłem.
- Widzę, że szkoła jeszcze stoi, także nie ominęło mnie zbyt dużo. - mruknęła, kiedy odsunęła się od chłopaka. Prawdę mówiąc trochę się zmieniła z wyglądu. Teraz jest o wiele chudsza, niż kiedy po raz pierwszy ją spotkałam. Miała wręcz zapadnięte kości policzkowe i w ogóle wyglądała jakby wyszła z kostnicy. Jednak co do ubioru to się nie zmieniła. Nadal na sobie miała niezliczone ilości kolorów i dziwnym trafem to wszystko do siebie pasowało! Nie mam pojęcia jak ona to robi, ale mogłam ją łatwo upodobnić do tęczy.
- Nie mogliśmy zacząć imprezy bez Ciebie. - powiedział roześmiany chłopak i w końcu odwrócił się w moją stronę. Widziałam jak chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna go wyprzedziła odpychając go kawałek na bok.
- Wiem doskonale, że naszą znajomość nie zaczęłyśmy w dobrych relacjach, ale z tego co mi mówił Dustin przez Skype, jesteś bardzo fajną dziewczyną. - powiedziała i uśmiechnęła się przyjaźnie, a ja rzuciłam pytające spojrzenie w stronę Dustina. - Może zaczniemy od początku? - zaproponowała.
- Jestem Ania. - przedstawiłam się i wyciągnęła w stronę dziewczyny rękę.
- Już Cię polubiłam. - szepnęła i uścisnęła moją dłoń. - Bridgit.
- To co moje drogie Panie? Mamy do wyboru, albo zacząć ten dzień normalnie, jako zwykli uczniowie tej szkoły, albo... - zaczął Dustin, ale Bridgit po raz kolejny mu przerwała.
- Albo jako nienormalni uczniowie, którzy chcą się bawić. - dokończyła. - Zdecydowanie wybieram opcję numer dwa.
- Wyjęłaś mi to z ust słońce. - przyznał chłopak otaczając ramieniem blondynkę. - Ja również jestem za drugim wyjściem. A Ty Aniu?
- Cóż, sądzę, że i tak zostałam przegłosowana, także innego wyboru już nie mam. - wzruszyłam ramionami i wydęłam usta w jedną stronę.
- No to do dzieła! - krzyknęła Bridgit i ruszyła przed siebie.
Chyba czas przyzwyczaić się do nowego życia. Nie sądzę żebym mogła na spokojnie zjeść dzisiejszy lunch, lub chodź na chwilę usiąść na przerwie i trochę się pouczyć przed testem. Cóż... Może właśnie zakończył się pierwszy tom książki pod tytułem "Anna Cross", a zaczął się nowy "Ania Smith"? Nie wiem. Ale wiem, że z takimi osobami, jak Dustin czy Bridgit, mogę iść do przodu, nie cofając się ani o pół kroku do tyłu.
I wiecie co? Podoba mi się to!
~*~
Nie wiem co jest gorsze... Widok uśmiechu wroga, czy osoby dzięki którym się uśmiecham? Nie mogę uwierzyć, że tak łatwo przyszło jej zaklimatyzowanie się w tym otoczeniu. Pierwszego dnia szkoły, wszyscy uwarzali ją za dziwolonga, który nie wie w co się pakuje stając na drodze Katelyn, a dzisiaj jest witana przez większość osób i cały czas się uśmiecha. Non stop. To się zaczyna robić denerwujące...
A może... Nie. To na pewno nie. Nie. Nie ma takiej opcji, żebym jej zazdrościł! To nie wchodzi w ogóle w grę! Nie będę zazdrosny o coś, co jest kompletnym idiotyzmem.
Radość? Szczęście? Phiii! Na co to komu? Bo mi nie jest potrzebne.
Co mogę na to poradzić, że już taki jestem i się nie zmienię. I nie chcę się zmienić. Taki chcę być. Koniec. Temat zamknięty.
- Bridgit przyjechała. - powiedział Carlos.
- Ta blond idiotka? - zapytałem rozdrażniony.
- Nie jest idiotką. - oburzył się Carlos.
- Dobrze Panie Pena. Nie jest. - wywróciłem oczami. Co mu jest?
- Inaczej wygląda. - stwierdził Maslow.
- Pod kątem jakim? - dopytywałem się.
- Jest… Jakby tu określić... Chudsza? - zapytał zdezorientowany. - I bledsza. - dodał po chwili.
- Może wzięła coś, na jakieś imprezie i ma teraz skutki uboczne. - parsknąłem śmiechem na własny komentarz.
- Nie sądzę, żeby przez 2 tygodnie cały czas imprezowała... - odparł Pena.
- No błagam Cię! Przecież to Bridgit Mendler! - powiedziałem zdenerwowany. - Dziewczyna, która nie przepuści sobie okazji do szaleństw!
- W sumie racja... - stwierdził Maslow.
Przeczesałem moje włosy i głośno westchnąłem. Jak na kolejny poniedziałek w University of California jest bardzo spokojnie. Katelyn widziałem tylko raz, ale to i tak przelotnie. Nie mam pojęcia co ona knuje, ale te jej znikanie zaczyna mnie co raz bardziej denerwować. Mam tylko nadzieję, że nie ucierpią przez nią kolejne niewinne osoby. Na przykład Anna Smith.
Wywróciłem oczami już na samą myśl o niej. Dziewczyna działająca na nerwy i tylko i wyłącznie umiejąca pakować się w kłopoty. Tak. To idealny opis tej osoby.
Mówiłem już, że nienawidzę poniedziałków? Jeżeli tak to powtórzę jeszcze raz, a jeżeli nie to dodajcie sobie do tego głośne warknięcie. Lekcje dłużą się niczym guma do żucia. Nauczyciele jak zwykle o wszystko się przyczepiają, a ja jak zwykle mam to wszystko gdzieś. Ale uwagi babki od hiszpańskiego nie mogłem już po prostu zignorować. Ta wiedźma przyczepiła się do mnie nie wiadomo o co! Teraz mi się za to zapłaci...
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał mnie Maslow.
- Upiększyć jej samochód. - powiedziałem słodkim głosem i zamrugałem kilkakrotnie.
- Czyli nowy rok szkolny uwarzamy za oficjalnie otwarty? - upewnił się Pena.
- Otóż to...
*
Kolejny odebrany telefon przez Panią Jankis doprowadzał mnie do szału. Siedziałem tutaj zaledwie 5 minut, a już nie mogę powstrzymać nerwów! Ta kobieta musi chyba brać niezłe ziółka na uspokojenie, żeby wytrzymać tutaj przez cały dzień.
Rozłożyłem się wygodnie na kanapie spoglądając na zegarek. Cholera, spóźnię się na trening. Trener mnie chyba udusi... Nie mogę teraz zawalić! Zostało zaledwie kilka dni do zawodów! Musimy to wygrać!
- Dzień Dobry.
Otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia słysząc dziewczęcy głos, którego najmniej się spodziewałem o tej porze i do tego w tym miejscu.
- Witaj Aniu. Dyrektor jest w tej chwili zajęty, więc musisz poczekać przez chwilę. - odezwała się starsza kobieta posyłając jej szczery uśmiech, jaki obdarza jedynie te osoby, które polubiła. Mnie sekretarka zazwyczaj wita głośnym westchnięciem, albo wielkim grymasem.
Brunetka usiadła na kanapie obok mnie i nawet nie spojrzała w moją stronę. Zaśmiałem się pod nosem i zacząłem kręcić głową z rezygnacji. Co ja takiego mam w sobie, że wszyscy się mnie boją? No tak. Zapomniałem, że nazywam się Kendall Schmidt, a tu już jest coś.
- Czy to przypadek, że się tutaj po raz kolejny spotykamy? - pytam dziewczynę, po kilku minutowej ciszy, jaka zapanowała w sekretariacie. - A może przeznaczenie? - dodaję z szyderczym uśmiechem. Widziałem jak dłonie Ani zaciskają się w pięści i mocno zacisnęła swoją dolną wargę. Cholernie mocno. I cholernie dekoncentrująco.
- Coś znowu zrobił? - zapytała przez zaciśnięte zęby.
- Ozdobiłem samochód Pani Ferth. Zdecydowanie o wiele ładniej wygląda w czerwonych dodatkach. - mówię wzruszając ramionami jakby to była rzecz oczywista.
- Tej od hiszpańskiego? - pyta marszcząc czoło, a ja kiwnąłem głową. - I tylko dlatego, że zdenerwowała Cię na lekcji?
- Mówiłem Ci już wielokrotnie, że zadajesz zbyt dużo pytań. - powiedziałem słodkim głosem.
- Sam zacząłeś rozmowę. - przyznała. - I to jest raczej przypadek. - odpowiedziała na moje pierwsze pytanie.
- Co tam u Dustina? - nie daję za wygraną i próbuję ją jakoś zdenerwować, ale zważywszy na fakt, że siedzieliśmy przed gabinetem dyrektora, a 5 metrów przede mną była jeszcze starsza kobieta, nie chciałem robić afery. Mam jeszcze dużo czasu, żeby ją upokorzyć.
- Dlaczego sam go o to nie zapytasz? - odpowiedziała i w końcu odwróciła się w moją stronę. Jej mordercze spojrzenie wywiercało we mnie dwie ogromne dziury, a groźna mina wręcz dodawała jej uroku. Włosy jak zwykle były wysoko spięte, a kilka pojedynczych włosów wychodziło jej z koka. Zastanawiam się dlaczego zaczęła chodzić w spiętych włosach? O wiele lepiej wygląda w rozpuszczonych...
- Nie mam z nim tak bliskiego kontaktu jak Ty. - odpowiadam, robiąc nacisk na słowo "bliskiego".
- Tydzień temu jakoś z nim rozmawiałeś i obyło się bez żadnych katygorycznych sytuacji. - odpowiedziała nadal patrząc się na mnie.
Tydzień temu? Co było tydzi... Aaa... Już wiem...
- Musiałem z nim załatwić ważne sprawy. - odparłem lekko zakłopotany.
Między innymi załatwiałem Ci uratowanie tyłka...
- W takim układzie, skoro aż tak bardzo chcesz wiedzieć co u niego to idź się zapytaj, pod pretekstem bardzo ważnej sprawy. - powiedziała teatralnym głosem i odwróciła się ode mnie.
- Jaka Ty bystra jesteś!
- Odwal się ode mnie... - syknęła.
- Jesteś żałosna. - stwierdziłem.
Drzwi od gabinetu się otworzyły i wyszedł Pan Gilles. Spojrzał to na mnie, to na Anię i szeroko się uśmiechnął.
- Dobrze się składa, że jesteście oboje. Wchodźcie do środka. - zaprosił nas gestem ręki. Podniosłem się z siedzenia i jako pierwszy wszedłem do gabinetu, a zaraz za mną brunetka.
- Od kiedy mówisz o sobie w 3 osobie i to w dodatku rodzaju żeńskiego? - zapytała się mnie szeptem i złowieszczo się uśmiechnęła.
Czy już mówiłem, że ta dziewczyna irytuje mnie na każdym kroku? Jestem ciekaw skąd ona bierze te złośliwe teksty? Może wypożyczyła książkę: "Jak odgryźć się swoim prześladowcą"? Kto tam wie...
- Nie mam ochoty z Wami spędzić całego popołudnia, dlatego przejdę od razu do sedna. - rzucił od razu dyrektor siadając za swoim biurkiem. - Nie będę również owijał w bawełnę, że się na Was zawiodłem albo coś w tym stylu.
- Do rzeczy... - rzuciłem wzdychając.
- Prace społeczne. - odparł dyrektor, a ja parsknąłem śmiechem. - W sobotę o 09.00 rano macie stawić się w szkole. Będziecie wykonywać prace na rzecz szkoły.
- To są chyba jakieś żarty... - mruknąłem pod nosem.
- Niestety nie, Panie Schmidt. Ale dla Pana mam kolejne ostrzeżenie. Wie Pan, że za takie wywinienie mogę Pana zawiesić, albo i nawet wydalić ze szkoły. - pogroził mi palcem, a ja wywróciłem oczami. - A co za tym idzie, odejście z drużyny.
Cholera. No to w końcu mnie obudziło i zdałem sobie sprawę, że babka od chemii również dała mi ostrzeżenie. Nie. Nie mogą wywalić mnie z zespołu. Jestem kapitanem tej bandy i kapitan zawsze powinien z nimi być.
- Co do Panny Smith... - odezwał się drapiąc po czole. - Mam mieszane uczucia, co do tego incydentu. Ale nie mam zamiaru ponownie wznawiać śledztwo i mam nadzieję, że chociaż Ty rozumiesz swoją karę.
- Tak Panie dyrektorze. - odparła cicho.
Spojrzałem się na nią z ukosa i zacisnąłem usta. To nie ona powinna tutaj stać, tylko Katelyn. I to Katelyn powinna wykonywać tą karę, a nie ona.
- Możecie już iść. Jesteście wolni. - dyrektor machnął ręką od niechcenia i rozłożył przed sobą stos papierów.
Ania o dziwo szybko opuściła gabinet i zaraz widziałem jak jej ciało oddala się ode mnie na pustym korytarzu. Ja skierowałem się w stronę szatń, gdzie przebrałem się na trening i pośpiesznie udałem się na boisko, gdzie reszta zawodników ćwiczyła akcje w obronie.
- Nareszcie się Pan pojawił. - usłyszałem za sobą głos trenera.
- Zatrzymał mnie dyrektor. - odparłem zgodnie z prawdą.
- A nie dawno zielony samochód Pani Fert, który ozdobiony jest pięknymi czerwonymi szlaczkami? - zapytał marszcząc brwi.
- Emm, nie. Raczej nie. - wzruszyłem ramionami i nie przejmując się dalej poszedłem do Jamesa, który akurat stał na uboczu.
- I jak? - zapytał od razu.
- Prace społeczne, rano w sobotę. - mruknąłem wywracając oczami.
- Współczuję. - zmrużył oczy i wydął usta.
- Nie ma czego. Będę miał wspaniałe towarzystwo do pomocy. - powiedziałem z uśmiechem.
- Kogo?
- Panną Annę Smith.
- To jest jej kara? - zapytał zdziwiony James. - Zbyt wysoka jak dla niej, zbyt niska jak dla Ciebie.
- Dzięki. - fuknąłem na niego i odwróciłem się, aby rozejrzeć się po boisku i trybunach.
- Cóż myślę, że nie tylko ja tak uważam. - odezwał się James.
- Co takiego? - zapytałem zdezorientowany.
- Spójrz przed siebie i powiedz kogo widzisz.
Odwróciłem się z powrotem i mocniej zacisnąłem ręce widząc nienawidzone przeze mnie osoby. Ania, Dustin i Bridgit. Trójca święta, jakiej jeszcze nie było...
~*~
Moja głowa powoli zaczęła puchnąć od nadmiernego krzyku, gromadzonego w małej sali do ćwiczeń. Dużo śmiechu, krzyku i wrzasku napierało na sile z każdą przebytą minutą z gromadką dzieciaków. Ale i tak bawiłam się niesamowicie. Cała energia wypłynięta z tych małych osóbek przenikała przez moją skórę, aż do każdego najmniejszego organu.
Widziałam jak Dustin był dumny ze swojej grupy. Nie dziwię się z resztą... Cały swój wolny czas poświęca dla tych dzieciaków. A jego uśmiech poszerzał się za każdym razem, kiedy mówiłam, że super tańczą. Z zadowolenia ściągał swoją czapkę i kłaniał się nisko, a potem znowu zakładał swoje nakrycie głowy.
Szczerze mówiąc nie powinnam w ogóle przychodzić, gdyż Caroline została jeszcze u swoich rodziców. Ale chęć zobaczenia tańczącego Dustina, była znacznie większa niż by się mogło wydawać.
- Z racji tego, że nie ma dzisiaj Carli i jesteś praktycznie rzecz biorąc wolna... - zaczął mówić Dustin, a ja parsknęłam śmiechem.
- Rozumiem, że już sobie zaplanowałeś cały wieczór? - zapytałam, zabierając jego czapkę i założyłam na moją głowę.
- Można tak powiedzieć. - mruknął niezadowolony i zaraz z powrotem zabrał mi czapkę.
- To co dzisiaj robimy, Panie instruktorze? - zapytałam słodkim głosem przechylając głowę w prawo.
- Bawimy się. - odrzekł i włączył jeden z tych szybszych kawałków do tańczenia, a ja wybuchłam śmiechem. Podszedł do mnie tanecznym krokiem i od razu złapał mnie za ręce nie pytając nawet o pozwolenie. Po raz kolejny poczułam to dziwne ciepło przechodzące przez opuszki palców, aż przez cały kręgosłup.
- Dwa kroki do tyłu jeden do przodu. A potem dwa do przodu jeden do tyłu. - powiedział patrząc się w moje oczy, a ja wykonałam jego polecenie. Kiedy złapaliśmy rytm, zaczęliśmy okręcać się wokół własnych osi i często towarzyszyły nam moje obroty. Nie obyło się bez dużej dawki śmiechu i głupich uwag z mojej jak i z Dustina strony.
- A teraz mały eksperyment. - powiedział w pewnym momencie i zatrzymał się na środku sali. - Połóż swoje ręce na moich ramionach. - odparł stanowczo.
- Że co? - zapytałam zdezorientowana.
W odpowiedzi Dustin wziął moje dłonie i delikatnie położył je na swoich ramionach. Uczucie rozchodzącego się ciepła podniosło się o kilka stopni Celsjusza do góry i było mi już bardzo gorąco.
- A Ty? - zapytałam niepewnie patrząc na jego ręce, które swobodnie wisiały wokół ciała.
- Zrobię to samo. - mruknął cicho.
Powoli podniósł dłonie i jak najdłużej przemierzył drogę do moich ramion. Zamknęłam oczy i mocniej zagryzłam wargę. Nie chcę na to patrzeć. Nie chcę widzieć, jak ktoś mnie dotyka.
- Boli? - zapytał cicho, a ja otworzyłam szerzej oczy.
- Kiedy to zrobiłeś? - zapytałam zaskoczona patrząc na jego dłonie ułożone na moich ramionach.
- Od kiedy zamknęłaś oczy.
Zdezorientowana patrzę na jego ręce równo ułożone na mojej skórze. Nic. Zero bólu. Zero strachu. Tylko kojące gorąco, które rozchodzi się we wszystkich wnętrznościach mojego ciała.
- Kolejny etap wykonany pomyślnie. - chłopak się uśmiechnął i lekko ścisnął moje ramiona. - Jak tak dalej pójdzie za miesiąc będę mógł Cię w końcu przytulić. - dodał z jeszcze szerszym uśmiechem.
~~~~
_____
Możecie mnie zabić, udusić, pogrzebać, odkopać, potem powiesić, odwiesić i potem znowu pogrzebać, odkopać i spalić...
Ehh... Chwilowy brak weny, który niestety odzwierciedla się na tym o to rozdziale...
Jestem nie dość, że zła, ale i mocno wkurwiona na siebie...
Bardzo Was przepraszam, ale nie mam pojęcia co się ze mną ostatnio dzieje ;c
Jestem też wściekła, bo poprzedni rozdział był na serio bardzo dobry, a dzisiaj dodaję takie coś i... Mam wrażenie, że Was zawiodłam, a w szczególności osoby, które mnie chwaliły...
Dziękuję za poprzednie komentarze i wyświetlenia, jakie nabiły się podczas jednego dnia. To był ogromny dla mnie szok, że aż tak bardzo Wam się spodoba, i do tej pory nie wierzę, że coś takiego miało miejsce!
Najbardziej zrobiło na mnie wrażenie, że zostałam porównana do "Darka'a" i szczerze mówiąc to dało mi ogromną motywacje. Sama czytam ten fanfiction i uważam, że jest rewelacyjny, ale moim zdaniem trochę mi daleko do niego, ale i tak bardzo dziękuję ;*
Ważna informacja:
Zważywszy na fakt, że nie mam czasu na pisanie, a zapasy mi się powoli kończą jestem zmuszona do tego, aby dodać rozdział 19 dopiero w wtorek-środa za tydzień, czyli 2-3 grudnia...
Wiem, że się zawiedliście, ale po prostu muszę trochę ogarnąć naukę i w ciągu tego tygodnia napiszę co najmniej 2 rozdziały, dzięki czemu jestem opanowana i wiem, że nie muszę pisać na wariata, a rozdziały wtedy będą o wiele lepsze od tego...
Nie będę Wam się tłumaczyć, że mam jeszcze kilka ważnych spraw do pozałatwiania, ale obiecuję, że od przyszłego tygodnia rozdziały będą dodawane regularnie ;)
Mam nadzieję, że mi wybaczycie... ;(